Brzmi dziwnie, ale takie mamy przepisy. Są trochę niesprawiedliwe, bo w sytuacji bankructwa spółdzielni mieszkaniowej posiadacze spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu dużo zyskują, a spółdzielczego lokatorskiego dużo tracą.

Dlaczego? Bo jeśli spółdzielnia upadnie i kupi ją z długami nowy właściciel (np. deweloper, gmina albo prywatna osoba), to posiadacze lokali spółdzielczych własnościowych automatycznie przejmują je na całkowitą własność (już niespółdzielczą). A to oznacza, że nie muszą już płacić żadnej spółdzielni jakichkolwiek pieniędzy na utrzymanie jej zarządu ani pytać kogokolwiek o zgodę na sprzedaż, czy przebudowę mieszkania. Ponadto mieszkania, które otrzymały prawo do tzw. odrębnej własności, są na rynku droższe niż te spółdzielcze.

Ci, którzy mają lokale lokatorskie w upadającej spółdzielni, są w gorszej sytuacji. Tracą bowiem prawa lokatorskie i zaczynają być zwykłymi najemcami. Nowy właściciel budynku może więc zażądać od nich czynszu, jaki mu się żywnie podoba. A jak ktoś uważa, że jest za wysoki, to "do widzenia".

Ale to nie wszystko. Właściciel budynku, jeśli jest zwykłą osobą fizyczną, a nie firmą, może nas wyeksmitować pod byle pretekstem. Choćby takim, że chce, aby to mieszkanie, w którym teraz przebywamy, natychmiast odziedziczył jego syn lub córka. Jedyna pociecha w tym wszystkim jest taka, że właściciela budynku obowiązuje sześciomiesięczny okres wypowiedzenia lokalu i starego czynszu (może go podnieść dopiero po pół roku). I to, że na bruk nie wylecimy, musi nam zapewnić jakieś (czyli w fatalnym stanie) lokum.