Jak co roku, nasi rządzący zamierzają wydać więcej, niż wpłynie do kasy państwa. W 2007 roku, podobnie jak w tym, zabraknie nam 30 mld zł. Ale co tam. Znowu przecież będzie można pożyczyć te pieniądze. I tak się stanie.

Tyle że - jak wylicza prof. Jan Winiecki, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego - obsługa 30-miliardowej dziury w budżecie kosztuje państwo rocznie 40 mld zł. Nie dość, że trzeba te pieniądze oddać, to przecież wypadałoby jeszcze zapłacić odsetki. I tak, z roku na rok, spirala zadłużenia się nakręca.

Gdyby nie Unia Europejska, nasz deficyt wyniósłby jeszcze więcej. Bo nasze dochody mają wynieść 212,14 mld zł, a wydatki będą o 44,68 mld zł większe (w sumie wyniosą 256,8 mld zł). Całe szczęście, że UE w ramach pomocy przekaże nam 14,68 mld zł i zdołamy utrzymać osławioną 30-miliardową kotwicę budżetową.

Minister finansów Zyta Gilowska przyznała dziś, że dług publiczny przekroczy w 2007 r. 50-procentowy próg. Co to oznacza? To, że państwo będzie miało większy dług niż połowa naszego całego majątku narodowego, który wypracowujemy przez rok. Bo wartość wszystkich naszych towarów i usług, które rocznie wypracowujemy w Polsce (czyli wartość PKB), to około biliona zł. A dług publiczny wyniesie około 510 mld zł.

Inflacja ma być niska, tak więc - według rządzących - ceny nie zdrożeją o więcej niż 1,9 proc. Bezrobocie ma spaść pod koniec 2007 r. do 14,1 proc., a wzrost PKB ma wynieść 4,6 proc. Oby...