Wygląda na to, że w przyszłym roku znów zabraknie pieniędzy na szkoły i szpitale. Dołożymy za to hojnie na utrzymanie armii często niepotrzebnych urzędników. Czyli - na lepsze dla przeciętnego zjadacza chleba nie zmieni się nic. A wszystko dlatego, że rząd ma ważniejsze sprawy niż zajmowanie się naszymi pieniędzmi.

Co by się w państwie nie działo, budżet musi być uchwalony w terminie. Choćby najgorszy, musi trafić do Sejmu do 30 września, czyli - soboty. W szczególnych przypadkach ten termin rząd może przeciągnąć o miesiąc, czyli skorzystać z tzw. prowizorium budżetowego.

A teraz taki szczególny przypadek jest, bo wybuchła tzw. afera taśmowa. Ale nawet 31 dodatkowych dni na zmiany tak ważnej dla nas wszystkich ustawy, to za mało. Dlatego, zdaniem polityków, budżet trafi do Sejmu w takiej formie, w jakiej jest teraz. Bo lepszy najgorszy niż żaden. Parlament będzie miał trzy miesiące na jego uchwalenie.

A co się stanie, jeśli będą nowe wybory parlamentarne? Będzie podobnie, jak jest. Nowy rząd będzie miał miesiąc na przekazanie budżetu do Sejmu. Czasu mało, dlatego nowo wybrany rząd pewnie przekaże Sejmowi ustawę stworzoną przez poprzedników. I do końca stycznia parlament - wszystko jedno, czy nowy czy stary - będzie musiał ją uchwalić.