Służby naziemne lotniska twierdzą, że muszą dokładniej sprawdzać bagaże. W piersi bije się straż graniczna. "Wszystkie bagaże przechodzą przez jedno urządzenie prześwietlające. Pasażerowie muszą sami przynosić do niego bagaże" - tłumaczy ppłk Wojciech Zacharjasz, rzecznik Nadwiślańskiej Straży Granicznej. Sytuacja jeszcze się komplikuje, gdy naraz odprawiani są pasażerowie lecący do Londynu i innych krajów. "Nie mamy czasu sprawdzać, czy dana walizka leci do Londynu, czy gdzie indziej. I kontrolujemy wszystko jednakowo skrupulatnie" - mówi DZIENNIKOWI ppłk Zacharjasz.

Ale jego podkomendni już nie udają tak zawalonych pracą. Przyznają, że powolne tempo pracy jest zamierzone. "Przy tej liczbie lotów nie jesteśmy w stanie odprawić wszystkich podróżnych na czas" - mówią pogranicznicy. A DZIENNIK alarmował już na początku września, że tak się stanie. Na jego łamach funkcjonariusze ostrzegali, że na zwiększenie liczby lotów zareagują zmniejszeniem tempa pracy, bo... i tak nie dadzą sobie ze wszystkim rady. Ale o żadnym strajku włoskim nie słyszał podobno zarząd Polskich Portów Lotniczych. "Nic nam nie wiadomo o strajku, ale rzeczywiście ruch na Etiudzie jest większy i stąd większe kolejki" - mówi DZIENNIKOWI Wojciech Rohoziński z biura prasowego PPL.

A pasażerowie? Oczywiście są wściekli. "Nie rozumiem tego" - mówi DZIENNIKOWI Piotr Bednarski, częsty gość Etiudy. A pan Krzysztof, menedżer, dodaje, że woli jechać na inne lotniska, np. do Krakowa lub Gdańska. "Te warunki są w Europie unikalne i zwyczajnie nas ośmieszają" - komentuje w DZIENNIKU Wojciech.