Kolesiostwo w centrali Narodowego Funduszu Zdrowia sięgnęło już szczytu. Urzędnicy, których obowiązkiem jest poprawianie żałosnego stanu polskiej służby zdrowia, sami sobie przyznają ogromne premie za rzekome sukcesy. Ciekawe jakie? Chyba takie, że miesiącami czeka się w kolejce do specjalisty, a szpitale bankrutują, bo NFZ płaci lecznicom bandyckie stawki za leczenie chorych.

Najbardziej bulwersujące jest to, że urzędnicy centrali NFZ uważają się za ludzi bez skazy. I to niemal wszyscy. Z 244 pracowników półroczne premie dostało tam aż 225. A to oznacza, że 95 proc. zatrudnionych w centrali NFZ pracowało wybitnie. Co za skromność...

Smaczku aferze dodaje fakt, że premie pochodziły z dziwnego funduszu płac. Dziwnego, bo na liście płac w centrali NFZ są tzw. duchy (mowa o nieobsadzonych stanowiskach, czyli o wakatach). To, czego nie odebrały "duchy", szło do podziału między urzędników. Wniosek jest taki, że w warszawskiej centrali NFZ musi straszyć, skoro w tym roku na premie zebrało się aż 487 170 zł.