Wielkie koncerny wypuszczają na rynek swoje koszmarki z czystej chęci zysku. Zalewowi bubli winni są producenci, którzy w poszukiwaniu coraz tańszych podwykonawców i fabryk przestają uważać na jakość. "Sami też łapiemy się w pułapkę, kiedy na pozór porządnie wyglądająca rzecz jest bardzo tania. Po cichu liczymy, że radio za 9,99 zł będzie grało" - mówi DZIENNIKOWI Aleksander Krzyżowski ze Stowarzyszenia Pro-Marka.

Znane firmy dbają o swoje dobre imię i często informują o wadach dostępnych w sklepach produktów. Np. Dell ostrzegł przed swoimi laptopami, a Ikea wycofała z rynku sofy i fotele. W piersi biło się i błędy naprawiało także wiele firm motoryzacyjnych, m.in. Volvo, Toyota, Suzuki, Opel. Ale nie należy liczyć na to, że do spartaczenia roboty przyznają się firmy z Azji. Nawet ich siedziby ciężko ustalić. Dlatego gdy reklamujemy produkt, odpowie za niego dystrybutor.

Rynek broni się przed partaczami ze wszystkich sił. Każdy kraj musi zgłaszać do Brukseli przypadki pojawienia się wadliwych produktów, zagrażających zdrowiu i życiu, jeśli istnieje prawdopodobieństwo, że towar trafił na eksport. W Polsce można to zgłaszać do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. A dane w nim zgromadzone są zatrważające!

Prawie co druga sprzedawana w Polsce zabawka jest niebezpieczna. Niektóre z nich zawierają nawet zwiększone stężenie substancji rakotwórczych. W tym roku na listę produktów niebezpiecznych już trafiło 20 pozycji, a w całym ubiegłym roku "tylko" 16.

Polska niestety goni Europę i Stany Zjednoczone. Tu statystyki na świecie są nieubłagane. Każdego roku niebezpieczne zabawki zabijają 160 dzieci w Stanach Zjednoczonych. Kolejne kilkaset osób pada ofiarą elektrycznych urządzeń, w których producent zaoszczędził na izolacji. Państwo co rok wypłaca ofiarom bubli 700 mld dolarów odszkodowań.