Urzędnicy powołują się na unijne zapisy o równym traktowaniu kobiet i mężczyzn, ale głównych przyczyn trzeba szukać w ekonomii. Podobnie jak większość krajów Unii, także my zaczynamy zmagać się z problemem starzejącego się społeczeństwa. Liczba emerytów rośnie zbyt szybko w stosunku do liczby młodych ludzi rozpoczynających pracę. Za kilka lat może się okazać, że nasz system emerytalny nie radzi sobie z wypłatą świadczeń. Takiej sytuacji ma zapobiec zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.

Z problemem starzejącego się społeczeństwa borykają się niemal wszystkie kraje Unii. Nowe przepisy zostały już wprowadzone m.in. w Hiszpanii, Grecji, Danii czy na Węgrzech. W trakcie zmian są np. Wielka Brytania i Łotwa. U nas dyskusja dopiero się zaczyna.

Pomysł zdecydowanie nie podoba się związkowcom. Ich zdaniem, przepisy o równym traktowaniu kobiet i mężczyzn, na jakie powołuje się Unia, można wyśmiać. Dlaczego? Kobieta najczęściej zajmuje się domem, więc pracuje tak naprawdę 24 godziny na dobę. Czy urzędnicy każą wliczyć tę pracę do przyszłych emerytur? - pytają związkowcy.

Resort pracy na razie oswaja kobiety z perspektywą dłuższej pracy. Na przyszły rok zapowiedział kampanię informacyjną. Eksperci ministerstwa mają przekonywać kobiety, że wydłużenie czasu pracy wpłynie korzystnie na ich świadczenia.

Teraz kobiety odchodzą na emeryturę po skończeniu 60. roku życia, a mężczyźni w wieku 65 lat.