Sprzeczne działania rządu i samorządów dowodzą, że władza w Chinach nie jest już scentralizowana. Ale to się ma zmienić. Państwowe media na razie publikują tylko wypowiedź wicepremiera Zenga Peiyana, który uważa, że budowy fabryk, mieszkań i inne inwestycje przybrały już niepokojący rozmiar. Znawcy Chin tłumaczą te słowa tylko w jeden sposób - rząd ma zamiar przykręcić śrubę.

Interesy "centrali" i "terenu" są najwyraźniej sprzeczne. Lokalni przywódcy cieszą się z inwestycji, bo oznaczają one więcej miejsc pracy, a co za tym idzie - spokój. Pekin tymczasem martwi się problemami makroekonomicznymi: inflacją, zapotrzebowaniem na energię a nawet zniszczeniem środowiska naturalnego.

Wzrost gospodarczy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wyniósł w Chinach prawie 11 proc. Państwo Środka jest czwartą gospodarką świata. Ale najwyraźniej zawdzięcza to lokalnym kacykom. 90 proc. wszystkich inwestycji w tym roku zatwierdziły rządy prowincji, a nie rząd w Pekinie.

Już nie raz Pekin przywoływał do porządku podległe mu samorządy, żądając realizacji makroekonomicznych założeń. Ostatni raz zrobił to pod koniec lipca premier Wen Jiabao. Najwyraźniej jednak im dalej od stolicy, tym bardziej siła oddziaływania próśb i gróźb maleje. Tymczasem rząd może mieć rację - banki pożyczyły już inwestorom 94 proc. sumy, którą przewidziano na cały ten rok. Jeszcze trochę i pieniądze się skończą.