Jest potwornie drogo, ponieważ podaż nie nadąża za popytem. W ubiegłym roku w całym kraju przybyło zaledwie 34 tys. mieszkań , a w tym roku będzie niewiele więcej. W rezultacie ceny rosną w oszałamiającym tempie i końca podwyżek nie widać. Deweloperzy budują mało, bo przeszkadzają im biurokraci i nieżyciowe przepisy. Brakuje też gruntów z przygotowanymi planami zagospodarowania przestrzennego, na których można budować domy.

Mieszkania idą jak woda, bo ludzie boją się podwyżki stawki VAT. Wciąż nie wiadomo czy po 1 stycznia 2008 r. nie wzrośnie ona z obecnych 7 proc. do 22 proc. W ostatnich miesiącach oferta deweloperów została wykupiona przez słabiej zarabiających Polaków. Bojąc się ograniczeń w przyznawaniu kredytów walutowych, ruszyli oni na masowe zakupy by wykorzystać ostatnią szansę na własne "M". Od lipca wielu z nich nie dostałoby pożyczki np. we frankach szwajcarskich, która jest znacznie tańsza w obsłudze niż kredyt w złotych.

Choć w banku trudniej teraz dostać kredyt walutowy, nic nie zapowiada spadku zainteresowania nowymi mieszkaniami. Wymagania banków w przypadku zaciągania pożyczek w polskiej walucie nie są wygórowane. Wystarczą na to przeciętne zarobki. Jeśli wynagrodzenia małżonków wynoszą łącznie dwa razy tyle, co średnia płaca krajowa, czyli 4800 zł, to bank może udzielić kredytu na kwotę w granicach 280 tys. zł, która będzie spłacana przez 30 lat. Za taką kwotę można w Warszawie kupić mieszkanie o powierzchni prawie 50 metrów kwadratowych.