Po raz pierwszy od trzech lat Rosja znów grozi Białorusi ograniczeniem dostaw gazu - podkreśla w środę dziennik "Kommiersant", informując, że Moskwa dała Mińskowi pięć dni na spłacenie długu za gaz, zapowiadając w przeciwnym wypadku przykręcenie kurka.

Ultimatum to wysunął we wtorek rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew w rozmowie z prezesem Gazpromu Aleksiejem Millerem. Miedwiediew polecił, by dać "pięć dni białoruskim kolegom" i zaproponować spłacenie długu "w jak najkrótszym czasie". "Jeśli nie zostanie to zrobione, trzeba będzie podjąć ostre działania" - oświadczył prezydent.

Gazprom utrzymuje, że zadłużenie Białorusi za dostawy gazu z Rosji w 2010 roku osiągnęło już 192 mln dolarów, a do końca roku może dojść do 500-600 mln USD. Mińsk płaci bowiem za surowiec według stawek z 2009 roku - 150 dolarów za 1000 metrów sześciennych. Zgodnie z kontraktem w pierwszym kwartale 2010 roku miał płacić 169,22 USD, a w drugim - 184,8 dolarów. Eksperci rosyjskiego koncernu szacują, że średnia roczna cena gazu dla Białorusi może przekroczyć 200 USD.

Białoruś nie neguje długu wobec Rosji. Twierdzi jednak, że według stanu na 1 maja wynosił on 132,6 mln dolarów. "Kommiersant" przypomina, że poprzednio Moskwa groziła Mińskowi przykręceniem kurka z gazowym paliwem w 2007 roku. Powodem konfliktu była jednak wyższa suma - 450 mln USD. W odpowiedzi na ultimatum strona białoruska niemal natychmiast uregulowała zadłużenie.

Zdaniem rosyjskiego dziennika, obecne zaostrzenie może być konsekwencją nie tyle długu za gaz, ile sporów w ramach unii celnej, tworzonej przez Rosję, Białoruś i Kazachstan. W czerwcu 2009 roku te trzy kraje zapowiedziały, że ich unia celna zacznie funkcjonować od 1 stycznia 2010 roku. Obwieściły też, że do Światowej Organizacji Handlu (WTO) zamierzają przystąpić jako wspólny obszar celny.

W listopadzie ubiegłego roku Rosja, Białoruś i Kazachstan ogłosiły, że od 1 lipca 2010 roku w ramach ich unii celnej będzie istnieć wspólny obszar celny, na terytorium którego będą obowiązywać jednakowe stawki. Porozumienie w tej sprawie podpisali prezydenci trzech krajów - Dmitrij Miedwiediew, Alaksandr Łukaszenka i Nursułtan Nazarbajew.

W grudniu 2009 roku trzy kraje obwieściły, że najpóźniej 1 stycznia 2012 roku utworzą wspólny obszar gospodarczy. Wszelako rozmowy premierów Rosji, Białorusi i Kazachstanu - Władimira Putina, Siarhieja Sidorskiego i Karima Masimowa w sprawie ujednolicenia stawek celnych zakończyły się fiaskiem. Głównie z powodu bezkompromisowości Mińska. W zaistniałej sytuacji Rosja i Kazachstan w końcu ubiegłego miesiąca poinformowały, że wspólny obszar celny utworzą bez Białorusi.

Dla Rosji nie do przyjęcia okazało się żądanie strony białoruskiej zniesienia cła wywozowego na całość ropy naftowej eksportowanej na Białoruś. Ropę na potrzeby wewnętrzne Białorusi - 6,3 mln ton rocznie - Rosja dostarcza jej z zerową stawką cła eksportowego. Moskwa nie zgodziła się też na obniżenie ceł na importowane samochody, samoloty i śmigłowce do poziomu tych, które pobiera Mińsk.

W piątek Łukaszenka przyjechał do Moskwy, by przekonać przywódców Rosji do złagodzenia stanowiska. Miedwiediew i Putin okazali się jednak nieustępliwi. Zdaniem rosyjskiego "Newsweeka", wzrost napięcia na linii Moskwa-Mińsk spowodowany jest tym, że Rosja włączyła się już do kampanii przed mającymi się odbyć na początku 2011 roku wyborami prezydenckimi na Białorusi. "Data wyborów prezydenta nie została jeszcze wyznaczona, jednak i Moskwa, i Mińsk poważnie się do nich przygotowuje" - konstatuje tygodnik.

Rosyjski "Newsweek" zauważa, że "Moskwa naciska ze wszystkich stron, przede wszystkim w czasie negocjacji w sprawie unii celnej". "Jesienią zeszłego roku, podpisując porozumienie o wejściu do unii celnej z Rosją i Kazachstanem, Łukaszenka sądził, że zagwarantuje mu to ulgi i pieniądze, które wystarczą na przeprowadzenie wyborów. Jednak na razie wszystko jest na odwrót. Moskwa odmawia finansowania przyszłej kampanii wyborczej Łukaszenki i prowokuje go na nowe skandale" - wskazuje rosyjski tygodnik.