Chiny stoją w obliczu znacznie groźniejszego kryzysu na rynku nieruchomości niż ten w USA z 2008 roku. Przed pęknięciem bańki spekulacyjnej i eksplozją niezadowolenia społecznego ostrzegają już nie tylko eksperci, ale nawet komunistyczne władze Państwa Środka.

"Nasz rynek mieszkaniowy ma dziś dużo bardziej wybuchowy potencjał niż to, co działo się w USA czy Wielkiej Brytanii dwa lata temu" - przyznał w rozmowie z dziennikiem „Financial Times” Li Daokui, członek rady polityki pieniężnej przy chińskim banku centralnym. To pierwsza tak rozbrajająco szczera wypowiedź przedstawiciela władz w Pekinie, które dotąd starały się nie mącić obrazu dynamicznie rozwijającej się chińskiej gospodarki żadnym czarnowidztwem.

Także eksperci już od miesięcy ostrzegają przed gwałtownym załamaniem na rynku mieszkaniowym. "Chiny od kilku miesięcy spełniają wszystkie warunki konieczne do wybuchu katastrofy" - dowodzi Yao Shujie, szef ośrodka studiów chińskich na brytyjskim Uniwersytecie w Nottingham, który monitoruje ceny nieruchomości w Państwie Środka.

Ceny oderwane od rzeczywistości

Z jego obliczeń oraz informacji publikowanych przez oficjalne chińskie media wyłania się dramatyczny obraz. Tylko w kwietniu średnia cena nieruchomości w 70 największych miastach za Wielkim Murem wzrosła o prawie 13 proc. Dla porównania w momencie kulminacji amerykańskiej bańki mieszkaniowej rosły w tempie 20 proc, ale... w stosunku rocznym. Na dodatek wartość mieszkań dawno straciła wszelki związek z zarobkami zwykłych Chińczyków. "Jeszcze w ubiegłym roku średnia cena niewielkiego mieszkania sięgała dziewięciokrotności rocznych dochodów średniego gospodarstwa domowego. W tym roku wzrosła do poziomu 11 rocznych pensji, a w Pekinie czy Szanghaju nawet do ponad 20" -dowodzi Yao Shujie. Te wartości są nieporównywalnie wyższe niż w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie nieruchomość kosztowała najwyżej trzy- lub czterokrotność rocznego dochodu. "To już jest bańka. Napędzają ją zwłaszcza młodzi Chińczycy, dzieci prosperity ostatniej dekady, którzy zakładają rodziny i kupują swoje pierwsze mieszkanie. Na razie zadłużają się i płacą za drożejące domy. Wkrótce jednak ceny nieruchomości definitywnie przekroczą ich możliwości" - mówi nam Kerry Brown, sinolog z londyńskiego ośrodka Chatham House.

Rozruchy może jeszcze w tym roku

A właśnie tego chińskie władze, które dotąd kupowały sobie posłuszeństwo obywateli relatywnym polepszaniem stopy życiowej i małą stabilizacją, obawiają się najbardziej. Kiedy bańka pęknie, okaże się, że wielu Chińczyków nie stać na swój własny kąt. Wielu z nich stanie przed koniecznością powrotu na wieś, gdzie nie ma dla nich pracy. "Konsekwencją będzie odwrócenie od komunistycznych władz, a nawet fala niepokojów społecznych. Może jeszcze w tym roku" - dodaje Kerry Brown. Nie chodzi tylko o nastroje społeczne. Władze wiedzą, że wysokie ceny mieszkań to zwolnienie procesów urbanizacji, które przez ostatnie lata napędzały rozwijającą się w rekordowym tempie gospodarkę.

Bezradni komuniści

Dlatego władze robią wszystko, by przyhamować niepokojący wzrost cen. Nie mają jednak cudownej recepty na poprawę sytuacji. Część władz opowiada się za wprowadzeniem nowych podatków od nieruchomości, zwłaszcza dla tych, którzy kupują drugi czy trzeci dom. Aby schłodzić rynek kredytów, opowiadają się też za podwyższeniem stóp procentowych. Nie wszyscy są tego samego zdania. "To nie ma sensu. Doprowadzi do ściągnięcia do Chin zagranicznego kapitału spekulacyjnego. System bankowy może tego nie wytrzymać i wtedy czeka nas los Islandii, która zbankrutowała" - mówił kilka dni temu ekonomista chińskiego banku centralnego Cao Yuanzheng w rozmowie z „China Business News”.