Od kilku tygodni coraz częściej i głośniej mówi się o nowej hossie na światowych giełdach. Powodem odradzania się optymizmu są rosnące indeksy giełdowe. Od najniższych poziomów, które przypadły na luty i marzec bieżącego roku ceny akcji na wielu rynkach wzrosły o 50 proc., przy czym niektóre kraje rozwijające się zanotowały znacznie większe wzrosty, np. rosyjski RTS urósł o 120 proc., indyjski BSE30 zyskał 90 proc., a brazylijska BOVESPA proc. Uczestnicy rynku debatują gorąco pytając, "czy obecne wzrosty to początek nowej hossy?", "czy i kiedy nastąpi i jak głęboka będzie korekta?".

Odpowiedzi na powyższe pytania wydają się być kluczowe przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, a zwłaszcza tej najważniejszej, w którym momencie wejść na rynek?

Kluczowe słowo: zmienność

Niestety nie ma jednej dobrej odpowiedzi na postawione pytanie. Powodem jest zmienność, która w przypadku rynków akcji dotyka nas bez względu na rozpatrywany horyzont czasowy. Ceny akcji mogą zmieniać się o kilka procent dziennie, czasami dużo więcej, np. Indyjski BSE30 ostatnio zyskał 17,3 proc. w ciągu jednego dnia!. Jak mocno mogą się zmieniać ceny akcji w dłuższym terminie przekonaliśmy się zarówno podczas ostatniej hossy, gdy WIG zyskał w ciągu 6 lat 580 proc., jak i w czasie bessy, gdy stracił 70 proc. w ciągu 16 miesięcy. Większość uczestników rynku nie jest dostatecznie przygotowana do tego, aby z tą zmiennością wygrać, czyli kupować gdy jest tanio i sprzedawać z zyskami na szczytach. W rzeczywistości najczęściej jest wręcz odwrotnie. Niedostateczna wiedza i doświadczenie, brak czasu oraz psychologia tłumu powodują, że większość inwestuje w końcówce hossy, zaliczając znaczne straty podczas bessy.

Co po hossie ?

Może w takim razie istotniejsze od tego, czy to już początek hossy jest pytanie jak uniknąć strat podczas kolejnej bessy, albo na najbliższej korekcie? Tego, że wzrosty prędzej lub później nastąpią możemy być prawie pewni, ale z tą samą pewnością możemy założyć, że potem przyjdą spadki, których skala może dorównać tym z jakimi mieliśmy do czynienia ostatnio. Załóżmy, że nadciągająca hossa pozwoli w kilka lat osiągnąć zysk przekraczający 100 proc. Jaką korzyść nam to przyniesie, jeżeli w odpowiednim momencie się nie wycofamy i w następnych kilkanaście miesięcy bessa pochłonie nie tylko wypracowany zysk ale również uszczupli nasz kapitał.

Wchodzić ? Zostawać ? Wychodzić ?

Nie łudźmy się większość z nas nie będzie w stanie w optymalnym momencie zakończyć inwestycji. Dlaczego? Wyobraźmy sobie, że zainwestowaliśmy w fundusz akcji notowanych na rosyjskiej giełdzie w idealnym momencie, czyli pod koniec stycznia bieżącego roku. Do dzisiaj zarobiliśmy ponad 100 proc.. Co powinniśmy zatem zrobić teraz? Sprzedać jednostki i cieszyć się 100 proc. zyskiem osiągniętym w 4 miesiące? A co będzie jeżeli akcje będą rosły dalej i to przez kilka lat, a indeks odrobi straty z bessy i zyska kolejne 100 proc.? Czy będziemy spokojnie przyglądać się jak zarabiają inni, zadawalając się „wysoko” oprocentowaną lokatą, która po odjęciu podatku i uwzględnieniu inflacji zarobi 0,5 proc? Czyli nie wychodzimy i pozwalamy zyskom rosnąć? Też niedobrze. Wszak kryzys jeszcze się nie skończył i analitycy na najbliższe 6 – 12 miesięcy przewidują dużą zmienność, w związku z czym nie wykluczone, że niebawem pojawi się korekta, która cofnie ceny nawet o kilkadziesiąt procent.

Nielubiane słowo: timing

Zarządzający funduszami akcyjnymi nie pomogą nam uniknąć start podczas spadków. Wystarczy zajrzeć do statutu dowolnego funduszu akcyjnego. Minimalny poziom zaangażowania w akcje z reguły wynosi 70 – 80 %. Co z tego wynika? To, że podczas wzrostów cen akcji zarabiamy, a podczas spadków niestety tracimy, bo fundusz zgodnie ze statutem, będzie posiadał akcje na określonym poziomie bez względu na to, jak mocno będą spadać (do niedawna nie dla wszystkich ta prawidłowość była oczywista). Przedstawiciele TFI często podkreślają, że zarządzanie funduszami nie polega na timingu, czyli redukowaniu poziomu akcji przed spodziewanymi spadkami i zapełnianiu nimi portfela w oczekiwaniu na wzrosty. Dystansują się od timingu, który ich zdaniem nie stanowi wartości dodanej czyli źródła dodatkowego zysku.

Alokacja, a potem selekcja.

Podstawowym problemem inwestora jest określenie momentu rozpoczęcia inwestycji, poziomu relacji pomiędzy produktami bezpiecznymi i ryzykownymi oraz momentu wyjścia z inwestycji czyli alokacja.

Niestety na tym nie koniec, trzeba jeszcze dokonać selekcji, czyli wyboru konkretnych produktów. Przypuśćmy, że zdecydowaliśmy już że rozpoczynamy inwestycję dziś, a portfel w 50 proc. składać się będzie z akcji. W związku z tym: inwestujemy bezpośrednio w akcje, czy w fundusz akcyjny? Jaki? Klasyczny akcyjny, czy małych i średnich spółek? W fundusz branżowy (nieruchomości, sektora finansowego, surowcowy)? Fundusz inwestujący w kraju, czy też taki, który inwestuje również w papiery notowane na zagranicznych giełdach? Pozostaje kwestia wyboru TFI. Do wyboru mamy kilkanaście krajowych i kilka zagranicznych. I na koniec jeszcze: inwestujemy bezpośrednio w fundusz nabywając jednostki od TFI, czy może za pośrednictwem bardzo popularnych ostatnio programów inwestycyjnych oferowanych przez firmy ubezpieczeniowe? W praktyce lista pytań i wątpliwości jest długa i wie o tym każdy, kto chociaż raz zastanawiał się kiedy i w co inwestować.

ABC inwestowania

Powinniśmy respektować kilka podstawowych reguł inwestowania. Należą do nich:

1.dywersyfikacja, czyli podział środków pomiędzy zróżnicowane klasy aktywów,

2.określenie poziomu dopuszczalnego ryzyka,

3.dopasowanie do niego składu portfela czyli wspomniana wcześniej alokacja,

4.uśrednianie cen zakupu, czyli inwestowanie systematyczne, a nie całą kwotą na raz,

5.ustalenie odpowiedniego horyzontu inwestycyjnego.

Dobrze będzie jeżeli konstruując swój portfel skorzystamy z pomocy doświadczonego doradcy finansowego. Co jeszcze?

A może aktywna alokacja

Coraz więcej instytucji finansowych wprowadza do oferty rozwiązania zdejmujące z nas konieczność podejmowania decyzji zarówno co do alokacji, jak i selekcji. W pierwszym przypadku chodzi o fundusze aktywnej alokacji, których istota polega na tym, że zarządzający decyduje o poziomie zaangażowania w akcje. Fundusz może posiadać zero akcji i wszystkie środki mieć ulokowane w instrumentach bezpiecznych. I odwrotnie, przewidując wzrosty na giełdzie zarządzający może napełnić portfel akcjami do niemalże 100 proc.

Drugą kategorią produktów o zmiennej alokacji są aktywne portfele funduszy. Również w tym przypadku zarządzający podejmuje decyzje, co do podziału środków pomiędzy instrumenty bezpieczne i ryzykowne, z tym że inwestycje dokonywane są w dostępne na rynku fundusze: akcyjne, zrównoważone lub obligacyjne.

W obu przypadkach, klient nie musi na bieżąco śledzić giełdowych trendów i podejmować decyzji co do tego kiedy i w jakim stopniu być zaangażowanym w akcje. W przypadku portfeli funduszy również decyzja co do wyboru konkretnych TFI pozostaje w rękach zarządzających, co zdejmuje z klienta obowiązek głowienia się nad tą materią.

Na rynku dostępne są fundusze aktywnej alokacji, które swoją strategię timingowi stosują nawet na bazie dziennej, tzn. jednego dnia zaangażowanie w akcje wynosi kilkadziesiąt a następnego nawet 0 proc., jak również strategie wykorzystujące trendy średnio, a nawet długookresowe, w których zmiany alokacji pomiędzy akcje i obligacje dokonywane są w okresach wielu tygodni, czy miesięcy.

Wybierając konkretny produkt bazujący na strategii zmiennego zaangażowania warto zwrócić uwagę na ograniczenia statutowe, tzn. jaki jest dopuszczalny lub minimalny udział danej klasy aktywów w portfelu.

Osobiście uważam, że najlepszą strategią jest brak ograniczeń w tym zakresie tzn., gdy udział akcji może wynosić od 0 – 100 proc. Występowanie ograniczeń może negatywnie odbijać się na wynikach. Przykładowo: fundusz aktywnej alokacji, który w statucie zapisany ma minimalny udział akcji na poziomie 30 proc. prawie na pewno notował będzie spadek wartości jednostki w okresie długotrwałych spadków cen akcji, gdyż zarządzający, chcąc nie chcąc, akcje w portfelu posiadać musi. Brak takiego ograniczenia stwarza szansę na to, że w okresie bessy lub przedłużającej się korekty zarządzający w porę pozbędzie się akcji dzięki czemu zyski osiągnięte we wcześniejszej fazie wzrostów nie zostaną zniwelowane.

Wydaje się również, że korzystniej dla nas będzie, jeśli wybrany produkt aktywnej alokacji będzie miał niebenchmarkowy charakter, tzn. gdy jego celem jest osiąganie dodatniej stopy zwrotu bez względu na koniunkturę na rynkach finansowych. Fundusze benchmarkowe, czyli stosujące odniesienie najczęściej do indeksów giełdowych, zbyt często odwzorowują zachowanie swojego benchmarku. Dla klientów marną pociechą będzie fakt, że fundusz podczas spadków zachował się lepiej od benchmarku, czyli że straciliśmy np. 40 proc. podczas gdy indeks spadł o 50 proc.

Słów parę o ryzyku

Warto mieć świadomość, że zmienna alokacja nie jest cudowną receptą na stałe wygrywanie ze zmiennością i osiąganie nieustannych zysków. Po pierwsze strategie te mogą inwestować do 100 proc. w akcje lub fundusze akcyjne, w związku z czym, ryzyko inwestycyjne należy określić jako wysokie. Po drugie, w związku z dużą zmiennością na rynkach akcji, możliwe jest, że zarządzający będą dokonywać błędnej alokacji, stając po niewłaściwej stronie rynku, co może skutkować sytuacją, gdy indeksy będą rosły, a portfele klientów nie. Po trzecie, w okresach długotrwałego trendu wzrostowego, fundusze akcyjne najprawdopodobniej osiągać będą lepsze wyniki niż fundusze zmiennej alokacji.

Wybierając model inwestycyjny oparty o aktywną alokację większą część kluczowych decyzji przerzucamy na zarządzających. Pozbawiamy się tym samym możliwości wpływania na to, jak mocno zaangażowani jesteśmy w akcje w danym momencie, co dla części inwestorów może stanowić źródło dyskomfortu. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że zarządzającym zawsze jest licencjonowany doradca inwestycyjny, dodatkowo wspierany przez zaplecze analityczne i technologiczne, zasadnym wydaje się pytanie: ilu z nas ma szanse na podejmowanie trafniejszych decyzji inwestycyjnych? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.