Przykładów jest wiele. Mówiąc o tych dwóch skrajnych stanach możemy się tutaj posłużyć obecnym kryzysem jaki i tym który dopadł nas na początku millennium.Obserwując obecną sytuację, czuję się jakby historia zatoczyła koło.

Jak dziś pamiętam pęknięcie "bańki internetowej" ogromne spadki indeksów których preludium był listopad 2001 roku i upadek World Trade Center.Przekonanie kogokolwiek do inwestycji w akcje graniczyło wtedy z cudem. Można powiedzieć nic dziwnego.

W mediach co chwila słyszeliśmy o mocnych spadkach na Wall Street, nakręcano spiralę wybuchu III wojny światowej, kondycja gospodarki dawała też wiele do życzenia.Historia jednak pokazała, że Ci którzy "zaryzykowali" i odbili od "stada", nie poddali się panicei uwierzyli w mechanizm cykliczności rynków wygrali najwięcej.

Nie twierdzę, że decyzja o zaangażowaniu swoich oszczędności w rynek akcyjny przy takich nastrojach była łatwa, ale przy tak przecenionym i wyprzedanym rynku jak najbardziej uzasadniona. Co więcej ostatnia hossa (chociaż faktycznie napędzona w sposób „sztuczny”, lewarowana kredytem) rozpoczęła się nie wtedy kiedy stan gospodarki uległ wyraźnej poprawie, tylko dużo wcześniej.

Przełóżmy to na życie codzienne, czy idąc do sklepu szukamy jak najdroższego towaru nie zwracając uwagi na jakość, czy chcemy kupić solidny towar, ale relatywnie jak najtaniej.Wiadomo atrakcyjna cena nie gwarantuje osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków, ale w przypadku inwestycji opierających na instrumentach rynku akcyjnego, daje większe szanse realizacji swoich celów inwestycyjnych.

Wspomnieliśmy o wygranych kto więc przegrał w tej "grze"?Na pewno wszyscy Ci którzy bazowali na historycznych stopach zwrotu i bezgranicznie uwierzyli w strategię "buy and hold" (kup i trzymaj – długi okres inwestycyjny zamortyzuje ryzyko inwestycyjne niemal do zera).

Rok 2007 pokazał jak zgubne i nieracjonalne może być poddanie się rynkowej euforii.Historyczne stopy zwrotu dochodziły nawet do 100% w skali roku, im więcej tym lepiej. Ryzyko inwestycyjne zepchnięto na dalszy plan, pojawiła się nieodparta chęć zysku. Rynek jednak szybko zweryfikował decyzje podjęte przez inwestorów.Długi horyzont inwestycyjny, który miał być amortyzacją ryzyka nagle zaczął gwałtownie się skracać, a widać, że mało kto zdaje sobie sprawę, iż akceptując 50% stratę, aby odzyskać zainwestowany kapitał inwestycja musi odbić o nie 50 a 100%.

Historia zatoczyła koło… To co pokazał nam początek roku był typowym syndromem paniki, kontynuacją marazmu, którego apogeum osiągaliśmy po upadku Lehman Brothers i kłopotach kolejnych instytucji finansowych, wzrastającym bezrobociu i recesji rozlewającej się niemal na cały świat.

Widać że mimo doświadczeń nadal trudno się uczymy i duży wpływ, chyba w sumie najważniejsze ma nastrój i omawiana tutaj psychika.Po raz kolejny Ci którzy kupowali akcje marcu bieżącego roku wtedy, kiedy S&P500 przebijało minima z 2002, bądź uśredniali ceny dokupując akcje transzami w ciągu ostatniego pół roku mogą czuć się wygranymi.

Konkluzja jest prosta - z każdym dniem uczymy się coraz więcej, lecz nauka idzie wolno, dużo łatwiej ulegamy nastrojom, a tym poddajemy się bezgranicznie…..