Salony Nissana wabią klientów 37-procentową obniżką ceny. "Mamy rabaty, ale jesteśmy w stanie rozmawiać z klientem indywidualnie i negocjować cenę" - mówi Michał Bażant, diler z Tarnobrzega. - Na początku roku Nissan Navarra kosztował około 140 tys. zł, kilka miesięcy później cena spadła do około 120 tys. zł - objaśnia Marek Borys z firmy Japan Motors, innego dilera Nissana. Obecnie nową Navarrą można wyjechać z salonu już za 84 tysięcy zł.

Na upust w wysokości 60 tys. zdecydował się Renault. Model Espace, który kosztował 180 tysięcy, można mieć za 120.

Renault i Nissan w obniżkach przebiły wszystkich, ale obniżenie ceny samochodu o 20 tys. to w tegorocznej promocji dilerów niemal wszystkich marek norma.

"Na pewno odczuliśmy kryzys. Samochody sprzedają się na podobnym poziomie, ale klienci o wiele dłużej zastanawiają się nad zakupem. Kilku klientów się wycofało. Są promocje, jak zawsze jest możliwość negocjowania ceny. Obniżki sięgają nawet 25 proc." - mówi Jakub Świerczewski, diler Forda z Warszawy.

"Od października mamy bardzo duże promocje na nasze auta, może dlatego nie zauważamy spadku sprzedaży samochodów" - mówi Marek Krzemień z salonu Forda w Nowym Sączu. "Takich promocji w Fordzie jeszcze nigdy nie było. Przy droższych samochodach upusty sięgają nawet 20 tys. zł" - mówi.

Ale dilerzy w większości przypadków starają się ukrywać to, co widoczne gołym okiem - sprzedają auta tanio jak nigdy dotąd. Zarzekają się, że zbijanie cen to nie reakcja na kryzys, ale "standardowa procedura wyprzedaży starych modeli".

Na kryzys nie narzeka Marcin Plaskota z firmy Skoda Bednarek z Łodzi. "Wyniki są rewelacyjne" - podsumowuje. W porównaniu z ubiegłym rokiem sprzedaż wzrosła o 20 proc. "Świetnie sprzedaje się Skoda Superb. O ile pierwsza generacja tego modelu cieszyła się umiarkowanym powodzeniem, o tyle nowym modelem, który sprzedajemy od lipca, wyjechało z salonu już kilkadziesiąt osób" - mówi Plaskota, w którego firmie obniżki na Superba siegają 13 tys. złotych.

Marcin Mendyka, dyrektor sprzedaży w firmie Toyota Mikołajczak z Leszna, też nie widzi oznak kryzysu. "Sprzedajemy około 20 sztuk miesięcznie. Na razie nie ma sygnałów, żeby coś miało się zmienić" - mówi. "To był nasz najlepszy rok" - mówi Szymon Wiertelak, szef działu sprzedaży poznańskiego dilera samochodów Renault. Rosiak i syn. W listopadzie jego firma sprzedała 100 samochodów. "Strach zajrzał nam w oczy we wrześniu, kiedy zaczęto mówić o globalnym kryzysie. Część klientów zastanawiała się wtedy, czy nie zrezygnować z zakupu. Ale teraz wszystko wróciło do normy" - mówi Wiertelak.

Ale ta "norma" pompowana rabatami nie potrwa już długo - oceniają specjaliści. Według Wojciecha Drzewieckiego, prezesa firmy Samar monitorujacej rynek samochodowy gigantyczne promocje są podyktowane obawami przed przyszłością. "Dilerzy chcą wejść w nowy rok z czystym kontem, bez starych roczników. Magazynowanie samochodu kosztuje. Dodatkowo od 1 stycznia wzrasta akcyza na samochody o pojemności silnika powyżej 2 litrów, czyli będzie je trudniej sprzedać" - mówi. "Promocje to też próba uniknięcia ryzyka związanego z nieprzewidywalnym kursem euro. Generalnie sprzedawcom aut przyświeca jedna idea: wejść w nowy rok z jak najmniejszymi zapasami" - mówi Drzewiecki.

Jakub Faryś, szef Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego uważa, że w przyszłym roku na pewno dojdzie do załamania rynku samochodowego. "Nie sądzę, by obecny poziom sprzedaży dało się utrzymać. Rok 2009 na pewno będzie gorszy. Pytanie tylko, jak bardzo" - zastanawia się.