W swoich założeniach budżetu na 2009 r. minister nie zmienił ani przecinka: deficyt 18,2 mld zł - niższy o prawie 10 mld zł niż w tym roku, inflacja wynosząca zaledwie 2,9 proc., imponujący wzrost gospodarczy 4,8 proc. Rostowski, kiedy planował budżet, nie spodziewał się kryzysu. "Ale nawet gdybym o nim wiedział, przygotowałbym taki sam budżet" - mówił. Według niego w porównaniu z innymi krajami nasza gospodarka to oaza spokoju. Rostowski wyliczał: "Europa Zachodni: niski wzrost, nowi członkowie UE: wysoka inflacja, nasi wschodni sąsiedzi: brak szacunku do inwestorów."

Minister wierzy, że Polska przejdzie gładko przez finansową zawieruchę. Jak na razie ma rację: wzrost gospodarczy przekroczy u nas w tym roku 5 proc., inflacja powinna zacząć spadać, banki - najsłabsze ogniwo światowej gospodarki - nie są u nas zagrożone bankructwem, tak jak w Wielkiej Brytanii czy w USA. "Wiara Rostowskiego ma mocne podstawy w gospodarce" - przyznaje Krzysztof Rybiński, główny ekonomista Ernst & Young. Przede wszystkim rząd nie musi wpompowywać miliardów złotych w sektor finansowy. Londyn planuje wydać na ratunek swoich bankom nawet 500 mld funtów. Tego brytyjski skarb państwa może nie wytrzymać. "U nas nie ma takiej potrzeby" - mówi prof. Witold Orłowski, główny ekonomista w firmie doradczej PricewaterhouseCoopers.

Co będzie jednak, gdyby wzrost gospodarczy okazał się niższy od zakładanego w ustawie? Przecież analitycy zaczęli obniżać prognozy do 3,5 - 4 proc. "Często się mylą" - bronił swoich założeń Rostowski. Ale gdyby nawet w przyszłym roku do państwowej kasy wpłynęło mniej pieniędzy, to i tak budżet powinien sobie poradzić. Jak? Na wypadek kryzysu mają zadziałać tzw. wentyle bezpieczeństwa. Na przykład inflacja. "Jeżeli będzie wyższa niż zaplanowana, na rynku i w kasie państwowej pojawi się więcej pieniądza, a to może zwiększyć wpływy budżetu" - mówi prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów. Stosunkowo najłatwiej będzie też można ściąć wydatki niezaliczane do sztywnych, np. na naukę i drogi. "Pracownicy sfery budżetowej mogą spać spokojnie" - mówi prof. Orłowski.

W najczarniejszym scenariuszu, gdyby jednak okazało się, że nasze banki potrzebują pomocy, budżet państwa będzie ostatnim, który ruszy im na ratunek. "W pierwszej kolejności muszą to zrobić właściciele banków, a potem NBP, który pożyczy im pieniądze" - mówi Marta Jeżewska, analityk Domu Inwestycyjnego BRE Banku.