Na blokowaniu wolnego rynku cierpią oczywiście klienci. Więcej firm na rynku to bowiem niższe ceny i pewność, że w czasie strajków listonoszy dostaniemy przesyłkę na czas. "Gazeta Wyborcza" przypomina, że stare skrzynki powinny być zdemontowane do niedzieli. W ich miejsce powinny zostać zainstalowane specjalne urny z dużym otworem i zamkniętymi przegródkami z numerami mieszkań.

W ten sposób konkurenci nie potrzebowaliby kluczyków, by wrzucić list do konkretnej osoby. Teraz kluczyki do starych skrzynek mają tylko listonosze z Poczty Polskiej. To oczywiście ogranicza wolny rynek i pozwala monopoliście utrzymywać wysokie ceny za przesyłki.

Co więcej, Poczta Polska wykazuje się w tej sytuacji nie lada tupetem. Dziennik dowiedział się, że w przyszłym roku chce dwa razy zmienić cennik, podnosząc ceny usług. O ile? Nie wiadomo, bo przedstawiciele monopolisty nabierają wody w usta. Tłumaczą jedynie, że potrzebują pieniędzy na rozwój. Tymczasem warto dodać, że Brytyjczyk za minimalną pensję może wysłać 3,5 tysiąca listów i 225 paczek, a Polak niecałe 770 listów i 132 paczki.

Rozwój, o którym mówi Poczta Polska, nie jest korzystny dla klientów. Wsie będą rzadziej odwiedzać listonosze. Do tej pory zaglądali do małych miejscowości nawet codziennie. Teraz będą tam tylko dwa razy w tygodniu.

Dziennik dodaje, że Unia dała Polsce sporo czasu na zainstalowanie nowych skrzynek, bo aż pięć lat. Ale ponieważ nikt nie powiedział, że ma się tym zająć Poczta Polska, obowiązek przerzucono na administratorów budynków. Tyle że oni również nie palą się do zmian, bo są to kosztowne zmiany. Efekt jest taki, że - jak podaje "Gazeta Wyborcza" - jedynie 2,5 miliona z 7,5 miliona skrzynek zostało wymienionych.