Giełda miała wczoraj powód do świętowania. Debiut PZU, który zakończył się ceną 360 zł za akcję, czyli o 15,2 proc. wyższą niż cena emisyjna, to wynik, jakiego nie powstydziłby się London Stock Exchange czy Deutsche Boerse.

Wartość obrotów akcjami ubezpieczyciela sięgnęła 5,1 mld zł. To rekord wszech czasów. Reszta spółek była tylko tłem dla PZU – handel akcjami innych firm to zaledwie 1,6 mld zł.

Warszawa pokazała wczoraj swoją siłę, minister skarbu Aleksander Grad rósł z dumy. Tym bardziej że w kolejce do parkietu czekają jeszcze energetyczne potęgi, takie jak Tauron, czy perła naszego rynku kapitałowego – warszawska giełda. Po wczorajszym sukcesie PZU Skarb Państwa jest pewien, że ściągnie z rynku zaplanowane 5 mld zł. Z energetyką i GPW rzeczywiście powinno pójść łatwo.

Gorzej z innymi spółkami, które lata świetności mają już za sobą, jak Ruch czy BGŻ. "Tempo prywatyzacji prowadzonej przez obecny rząd – choć szybsze niż w okresie PiS – nie jest powodem do zadowolenia" - przyznaje Wiktor Wojciechowski z Forum Obywatelskiego Rozwoju. Po co państwu giganty, takie jak CIECh czy Puławy? Nie wiadomo.

Tak samo jak udziały w kilkuset innych spółkach. Takich jak Fabryka Drutu Gliwice czy Wytwórnia Octu i Musztardy w Parczewie. Dom Meblowy Emilia w centrum Warszawy w postpeerelowskim baraku ma w swoim sąsiedztwie najdroższe wieżowce w kraju. Wartość jednego metra ziemi przekracza roczny dochód sklepu. Państwo ma w takich firmach od kilkudziesięciu do 100 procent udziałów. To często przestarzałe firmy z poważnymi obciążeniami pracowniczymi.

Takich firm na pewno nie sprzeda na giełdzie. Próbuje zrobić to przez aukcje internetowe, ale bezskutecznie. Wydaje gigantyczne pieniądze, byleby tylko znaleźć chętnego, tak jak w przypadku maleńkiej firmy transportowej, o obrotach 1 mln zł rocznie, Truck Center Nowiny. Państwo miało w niej 25 proc., a przygotowanie bezskutecznej prywatyzacji kosztowało około 100 tys. zł. Gigantyczne pieniądze poszły na ogłoszenia i memoranda w sprawie sprzedaży 49 proc. kolejowego Warsu, choć z góry było wiadomo, że nie kupi go nikt inny poza PKP Intercity, które mają 51 proc. spółki. A PKP nikt nawet nie pytał o zdanie. To pieniądze wyrzucone w błoto.

"Dobrym rozwiązaniem byłoby obniżenie ceny, jeśli brakuje kupujących" - mówi Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. Czy minister Grad umocniony sukcesem PZU odważy się teraz sprzedać kable, ocet