Pracuje 16 mln Polaków, a pozostałe 22 mln jest na ich utrzymaniu. Normą jest, że są to np. dzieci czy starsi. Jednak w Polsce wiele osób mogłoby pracować. Nie robią tego, bo nie muszą. Otrzymują świadczenia lub nie są aktywizowani. A dobrostan kraju bierze się z pracy.

W Polsce pracuje obecnie najwięcej osób od 1989 roku. Nasz wskaźnik bezrobocia w porównaniu do innych krajów UE też jest przyzwoity. Nasz rynek pracy po 20 latach wychodzi więc na prostą. Niestety, wciąż mamy dwa zasadnicze problemy – niską aktywność zawodową Polaków i ogromną rzeszę biernych zawodowo.

Rekord zatrudnienia

Według GUS, który od 1992 roku prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), w Polsce pracuje obecnie 15,9 mln osób. To jeden z najlepszych wyników w historii. Nieco lepiej było na przykład w III kwartale 2009 roku, ale jeśli spojrzeć dalej wstecz, to do tej pory najwięcej osób pracowało w sierpniu 1998 r. (15,61 mln). Później ich liczba malała, aby w I kwartale 2004 r. osiągnąć historyczne minimum – 13,47 mln osób. Od tamtego czasu powstało więc prawie 2,5 mln nowych miejsc pracy.

Głównie dzięki temu bardzo zmalało bezrobocie. W 2004 roku, czyli u szczytu, wynosiło ono 20,7 proc. Obecnie – 8,5 proc. (metodologia BAEL). Podobnie jest z liczbą osób bez pracy. Na początku 2004 roku było ich 3,5 mln, a na koniec 2009 roku – 1,47 mln. Tak duża liczba miejsc pracy, które powstały w Polsce, przeczy wygłaszanej powszechnie tezie, że to wyłącznie emigracja zarobkowa przyczyniła się w ostatnich pięciu latach do spadku bezrobocia. Zwraca na to uwagę m.in. prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego.

"Pamiętajmy, że w Polsce powstało wiele nowych miejsc pracy. Spadek bezrobocia wiąże się z szybkim tempem wzrostu gospodarczego" - mówi. Coraz lepsza sytuacja powoduje więc wzrost tzw. wskaźnika zatrudnienia. Dla osób w wieku 15 – 64 lata – ma zgodnie z tzw. strategią lizbońską wynieść w UE w tym roku 70 proc. – wynosi on 59,4 proc. To także jeden z najlepszych wyników w historii. Dla porównania w IV kwartale 2003 r. wynosił 51,4 proc.

Siedzą, piją, lulki palą

Mimo tej poprawy wciąż za mało Polaków pracuje. Wskaźnik zatrudnienia na poziomie 60 proc. wskazuje, że tylko 6 na 10 osób w wieku zdolności do pracy jest aktywnych. A w 27 krajach UE wskaźnik wynosi obecnie, mimo zdecydowanego pogorszenia się tam sytuacji, 64,5 proc. W Niemczech i Austrii przekracza 71 proc., a w Holandii – 77 proc. Podobnie jest w USA czy Japonii, gdzie też pracuje 71 proc. zdolnych do tego osób.

Zmorą naszego rynku pracy pozostaje m.in. bardzo niski wskaźnik zatrudnienia starszych osób. W 2009 roku wyniósł on w krajach UE dla osób w wieku 55 – 64 lata 46 proc. W Polsce to zaledwie 32,3 proc. To najgorszy (nie licząc Malty) wynik w UE. Pracuje tylko co trzecia taka osoba. W Czechach jest ich 46,8 proc., w Niemczech ponad 56 proc., a w USA ponad 60 proc.

To głównie efekt decyzji rządów, które od lat prowadziły politykę rozdawania przywilejów i unikania odpowiedzialności za ich wygaszanie. W 2008 roku ZUS przyznał rekordową liczbę 340 tys. nowych emerytur. Głównie osobom, które nie ukończyły wieku emerytalnego. Taka polityka doprowadziła m.in. do tego, że w Polsce jest ogromna rzesza osób biernych zawodowo. Takich, które nie pracują i pracy nie szukają. "Nie ubywa ich, mimo że zwiększyło się zatrudnienie" - wskazuje prof. Kryńska.

Cztery lata temu było ich 14,18 mln, a obecnie – 14,15 mln. Najgorsze jest to, że z tej liczby 6,8 mln to osoby w wieku produkcyjnym. Część z nich kształci się lub jest niezdolnych do pracy ze względu na stan zdrowia, ale wiele korzysta z wcześniejszych emerytur, rent, zasiłków, świadczeń przedemerytalnych czy pomocy społecznej. Przez istniejące przepisy te osoby odchodzą lub odeszły z rynku pracy. To ogromne marnotrawstwo. Z jednej strony korzystają ze świadczeń, które muszą finansować pracujący, z drugiej sami nie przykładają się do wzrostu gospodarczego.

Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH, członek Rady Monitorującej „DGP”, wskazuje, że trendy demograficzne są nieubłagane. Do 2035 roku spadnie liczba osób w wieku 25 – 44 lata, wzrośnie tych, którzy mają ponad 45 lat. Jej zdaniem nie mamy więc wyboru. Musimy zwiększyć zatrudnienie starszych osób. "Powinny one jak najdłużej pracować. Trzeba więc m.in. szybko podjąć decyzję o wyrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn" - mówi Chłoń-Domińczak. Tłumaczy, że zwiększy to podaż pracy, a to dobre dla gospodarki. Nie bez znaczenia jest też to, że emerytury kobiet będą wyższe.

Czytaj dalej


Konieczna aktywizacja

Obok likwidacji rozwiązań zachęcających do opuszczania rynku pracy konieczna jest też aktywizacja tych, którzy poza nim się znaleźli, m.in. osób na wcześniejszych emeryturach czy rentach, i tych, którzy są zarejestrowani w urzędach pracy (2 mln) – Do bezrobotnych pozostających w rejestrach urzędów pracy trzeba kierować indywidualnie programy, dzięki którym będą się aktywizować – uważa prof. Elżbieta Kryńska.

Powinno się m.in. odciążyć urzędy pracy od biurokratycznych obowiązków. Trzeba np. zwolnić je z obowiązku rozliczania składki do NFZ i oderwać od statusu bezrobotnego prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Pozwoli to urzędom pracy skoncentrować się na poszukujących pracy, a nie na zarejestrowanych, aby mieć prawo do bezpłatnego leczenia. Konieczne jest też wprowadzenie realnych zachęt dla firm, aby szkoliły pracowników, bo w Polsce niewiele osób kształci się przez całe życie.

Ważna jest także likwidacja 4-letniej ochrony przed zwolnieniem dla osób zbliżających się do emerytury. To tzw. dyskryminujący przywilej, który powoduje, że z pracy są zwalniane osoby po 50. roku życia. Firmy boją się z nimi wiązać na 4 lata, nie mając prawa do ich zwolnienia. A takim osobom trudno znaleźć pracę.

Starsze osoby zabierają pracę młodym. To bardzo szkodliwy mit, który także powoduje negatywne skutki. A nie jest tak, że liczba miejsc pracy w gospodarce jest reglamentowana. Tak naprawdę najlepiej dla niej (a tym samym także dla samych obywateli), jeśli pracują wszyscy, którzy mogą. Bogactwo i dobrostan biorą się z pracy. Jeśli więc osoby zdolne do niej nie są aktywne, jest to dla gospodarki strata. Większa liczba pracujących to także wyższy popyt na dobra i usługi, od którego zależą kondycja firm i dynamika tworzenia miejsc pracy.

Mitem jest także to, że większa liczba osób otrzymujących świadczenia społeczne powoduje spadek bezrobocia dzięki zwalnianiu miejsc pracy dla młodych. Jest wręcz odwrotnie – im więcej osób jest na utrzymaniu pracujących, tym muszą płacić wyższe składki, a przez to są drożsi i firmom trudniej ich zatrudnić.

Przedszkola dla... kobiet

Ważna jest też aktywizacja kobiet. Większość osób biernych zawodowo to właśnie kobiety (z 14,1 mln – 8,7 mln). A 1,5 mln osób biernych deklaruje, że nie może podjąć pracy ze względu na obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu. Wiele z nich jest zmuszonych do pozostania w domu ze względu na niewydolny system opieki nad dziećmi – niemożność zapisania dzieci do przedszkoli czy żłobków (omówimy to w odcinku poświęconym wyzwaniom demograficznym). "Usługi opiekuńcze są dla rynku niezwykle ważne. Trzeba je tworzyć także dla starszych" - mówi Chłoń-Domińczak.

Tłumaczy, że jest to ważne, aby osoby w wieku przedemerytalnych nie dezaktywizowały się, aby opiekować się np. rodzicami. Nie bez znaczenia dla naszego rynku pracy pozostaje też fatalna infrastruktura. Niemożność szybkiego przemieszczania się z regionów, gdzie nie ma pracy, do aglomeracji, gdzie jej nie brakuje, też sprzyja bierności. Podobnie jest z dostępem do tanich mieszkań, które można wynająć.

Sprawą ogromnie istotną jest dostosowanie edukacji do potrzeb rynku pracy. Nie powinniśmy kształcić ogromnych rzesz humanistów, a do łask powinny wrócić szkoły zawodowe i kształcenie praktyczne. Firmy powinny też wpływać na programy kształcenia, a uczniowie i studenci – odbywać zdecydowanie więcej praktyk. Kolejną ważną rzeczą jest kształcenie ustawiczne, czyli podnoszenie kwalifikacji przez całe życie (mówimy to w odcinku poświęconym edukacji). Konieczna jest też reforma systemu pomocy społecznej. Aby nie zachęcał do bierności i nie powodował, że wielu osobom opłaca się korzystać ze świadczeń, niż pracować. Rząd powinien też pomyśleć o obniżce kosztów pracy, zwłaszcza dla osób nisko wykwalifikowanych (np. wyższa kwota wolna od ZUS czy podatków), aby te osoby więcej zarabiały na rękę. To zmotywuje je do szukania legalnego zajęcia.

p

Wiktor Wojciechowski, Fundacja FOR, Rada Monitorująca „DGP”

Główną przyczyną niskiego współczynnika zatrudnienia w Polsce są rozdęte wydatki socjalne, które zniechęcają do pracy i podnoszą klin podatkowy. A przez to płace netto są niższe. W efekcie, pobieranie zasiłku, renty lub wczesnej emerytury jest dla wielu osób bardziej korzystne niż podjęcie legalnego zatrudnienia i zapłacenie wszystkich podatków. Dotyczy to szczególnie pracowników o najniższych kwalifikacjach zawodowych, dla których różnica pomiędzy zasiłkiem a potencjalnym wynagrodzeniem jest najmniejsza.

Do niskiego zatrudnienia przyczynia się także system edukacji, który jest niedostosowany do potrzeb pracodawców, oraz nadmierna ochrona zatrudnienia osób zatrudnionych na czas określony. Gdyby w ciągu najbliższej dekady udało się w Polsce podnieść współczynnik zatrudnienia z 60 do 70 proc., tempo wzrostu gospodarczego mogłoby być tylko z tego tytułu wyższe od 0,5 do 0,7 pkt proc. rocznie.

Najlepszą i sprawdzoną metodą ograniczenia biedy jest stworzenie warunków, które sprzyjają wzrostowi zatrudnienia – zachęcają pracodawców do zatrudniania nowych osób i wzmacniają bodźce osób niepracujących do podejmowania pracy.