"Nie można miesiącami trzymać w areszcie człowieka, na którego rzekomą przestępczą działalność nie ma dowodów. Nie można zakładać, że będzie mataczył. Po co nakładać wielomilionowe kary w sprawach dotyczących kilkudziesięciu tysięcy złotych? Ile firm upadło przez to, że płaciło bezpodstawne - jak się później okazało - kary" - wylicza Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan”. Dodaje: – To niedopuszczalne, żeby każdy urząd zakładał, że jesteśmy ludźmi podejrzanej reputacji, kimś, kogo trzeba sprawdzić, bo na pewno chce oszukać. Z tego powstają piętrzące się formalności, które utrudniają działanie, szczególnie małym przedsiębiorcom, zmuszając ich do niekończących się wizyt w urzędach. Takie podejście sprawia, że firmy nie mogą się rozwijać albo bankrutują.

To dlatego Business Centre Club, Krajowa Izba Gospodarcza, Forum Obywatelskiego Rozwoju i Helsińska Fundacja Praw Człowieka podpisały się pod wspólnym apelem do premiera, ministra sprawiedliwości, prokuratorów i sędziów o to, by wymiar sprawiedliwości – mówiąc w skrócie – przestał traktować przedsiębiorców jak przestępców.

Potrzeba dumy

"Nasz negatywny wizerunek został sztucznie zbudowany przez polityków na potrzeby kampanii wyborczych i jest podsycany przez media. Z jednej negatywnej sprawy robi się problem, który rzutuje na środowisko trzech milionów ludzi" - mówi Marek Goliszewski z BCC. "Kiedy zakładaliśmy nasze firmy, walczyliśmy o przetrwanie. Z państwowych zakładów pracy nie wynieśliśmy żadnej nauki, tam pracowało się na niby. Nauczyliśmy siebie i ludzi, których zatrudnialiśmy, jak pracuje się naprawdę. Przez te 20 lat zrobiliśmy niewiarygodny skok. Jednak zamiast dumy środowisko biznesowe czuje, że jest napiętnowane, że nie ma się czym chwalić. I to trzeba zmienić" - mówi Henryka Bochniarz.

Zanim doszło do wspólnego wystąpienia pewnych swych racji, przekonanych o swej wartości przedsiębiorców, polski biznes musiał przejść głęboką metamorfozę. Jak bohater programu "przed i po”, który z brzydkiego, nieciekawego typa przeistacza się w elegancką piękność.

Czytaj dalej


Pierwsi biznesmeni to właściciele szczęk i łóżek polowych na Marszałkowskiej w Warszawie, Piotrkowskiej w Łodzi i innych głównych ulicach polskich miast. Założyciele nowych, prekursorskich firm, wtedy jeszcze małych, niezdarnych, rodzących się w ogniu. – Wszyscy byli równi. Każdy, kto miał pomysł, mógł bardzo szybko zaistnieć – mówi Henryka Bochniarz, w 1991 r. założycielka jednej z pierwszych w Polsce firm doradczych.

"Wszyscy bardzo ciężko pracowali" - wspomina Jacek Santorski, psycholog biznesu i biznesmen, coach. "Wtedy kształtowała się też tożsamość przedsiębiorców. Prawie każdy dzisiejszy milioner ma w pamięci przejeżdżanie setek tysięcy kilometrów po to, by wyrobić kontakty, kupić towar, podpisać kontrakty. Tę ciężką harówkę trzeba było odreagować. Najlepiej ostentacją"

Właśnie wtedy kształtował się także wizerunek polskiego biznesmena. Prostego, a wręcz prostackiego, ale aspirującego. "Kiedyś biznesmen to była karykatura człowieka. Zwalisty, brzydki, zwężał się do kostki. Nosił dwurzędowe, niedopasowane fioletowe marynarki w złym gatunku. Pielęgnację urody ograniczał do ułożenia włosów i przystrzyżenia wąsów" -wspomina Piotr Zachara, stylista, redaktor naczelny pisma o modzie "In Style”. Nieporadny wielkopański styl śmieszył inteligencję, szczególnie tych jej przedstawicieli, którzy nie mieli pomysłu na biznes, a więc złote bransolety i złote żony pozostawały poza ich zasięgiem nie tylko dlatego, że budziły pogardę. Ostentacja i powstała w reakcji na nią inteligencka niechęć doprowadziły do polaryzacji społecznej, podziału na wyszydzanych tygrysów Europy i porządną resztę.

Koniec lat 90. to koniec karier od pucybuta do milionera. Już nie wystarczył pomysł i ciężka praca poparta kilkoma cennymi kontaktami, żeby przesiąść się z malucha do bmw. Coraz pewniej działający rynek nasycił się i zaczął wymagać coraz więcej od tych, którzy chcieli w nim przetrwać. Zmienili się także polscy przedsiębiorcy. Choć zarówno wtedy, jak i teraz większość z nich stanowią właściciele małych, najczęściej rodzinnych firm, to ton zaczęli nadawać nowi – wykształceni, obyci w świecie, bywalcy prestiżowych środowisk. Polskie uczelnie ekonomiczne wypuściły w świat doskonale wykształconych menedżerów i specjalistów. A oni ruszyli na zagraniczne stypendia, szkolenia, uczelnie.

Szczytem snobizmu przestała już być limuzyna i zameczek z wieżą, a stało się nim prestiżowe stypendium Fulbrighta. Wracali jako elitarna kadra najwyższych urzędów i korporacji. Zmieniły się więc ich aspiracje. Skończył się rozbrat biznesu z inteligencją. Wykształceni, świadomi swojej wartości zaczęli wymagać od państwa i społeczeństwa uznania dla swojej ciężkiej pracy. Zaczął się bunt. "Dlaczego ludzi, którzy napędzają gospodarkę, dają innym miejsca pracy, traktuje się z pogardą i wyższością?" - pyta Henryka Bochniarz i opowiada o swoich doświadczeniach ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy tam dostawała pismo z urzędu skarbowego, zaczynało się zawsze od uprzejmej formuły, a w treści urzędnik proponował pomoc przy wyjaśnieniu pomyłki, która zaszła przy rozliczeniach podatkowych. U nas urząd zaczyna pismo od oskarżeń, a kończy na groźbach dotkliwych kar pieniężnych i sankcjach karnych.

Czarę goryczy przelała sprawa Romana Kluski, biznesmena z Nowego Sącza, twórcy jednej z pierwszych i największych polskich firm komputerowych Optimus, oskarżonego w 2002 r. niesłusznie przez urząd skarbowy o wyłudzenie 30 mln zł podatku VAT. Zanim sprawę wyjaśniono, przedsiębiorca został aresztowany i zmuszony do zapłaty 8 mln zł kaucji. Po roku, gdy okazało się, że urząd się mylił, Kluska dostał 5 tys. zł odszkodowania. "On wyszedł z tego niepogrążony, zajął się owcami i żyje szczęśliwie" - mówi Bochniarz. "Ale ilu przedsiębiorców nie przetrwało takiego ataku? Wtedy zrozumieliśmy, że biznes musi walczyć o swoje"

Czytaj dalej


Dziś musi być Prada

Dziś polski milioner ma pewność siebie, ale taką, w której widać klasę. Na zewnątrz unaocznia to jego dom – mieszka w dyskretnej rezydencji otoczonej parkiem, w odrestaurowanym starym pałacyku albo w absurdalnie drogim, ale gustownym apartamentowcu w centrum wielkiego miasta. Wygląda też inaczej. "Jest szczupły, ma doskonale dobrany garnitur, kupiony najczęściej w butiku Burberry czy Yves Saint Laurent i dopasowany u krawca" - mówi Piotr Zachara.

Miarą jego klasy jest posiadanie rzeczy trudno dostępnych, ale w zaporowych cenach. Krawaty kupuje wyłącznie w butikach w Mediolanie i Rzymie, ewentualnie w ich brytyjskich przedstawicielstwach. Cechą charakterystyczną polskiego biznesmena klasy średniej natomiast jest wielka wiara w siłę marki. Bez względu na to, co uszyje Prada, jest to dobre. Klasa średnia kupuje garnitury Hugo Bossa, a niższy szczebel w sklepach sieciowych, takich jak Zara. Zawsze jednak, jak podkreśla Zachara, bez względu na firmę, są to garnitury dobrej jakości, skrojone, dopasowane.

Zmiany zaszły także w stylu życia. Klasa biznesowa zaczęła dbać o kondycję, bo ważny stał się nie tylko strój, ale także sylwetka. Skończyła się era szału nuworyszowskiego. Narodził się snobizm na przynależność do elitarnego klubu. Dobrze jest pojawić się w restauracji Polskiej Rady Biznesu albo któregoś z pięciogwiazdkowych hoteli i zjeść tam lunch. Lunch! Nie obiad. Obiadów już nie ma. Właściwie z tradycyjnych posiłków pozostała tylko kolacja.

Krzykliwość wyklucza z klubu

Santorski przyznaje, że zgłasza się do niego coraz więcej przedstawicieli polskiego biznesu, którzy - tak jak ostatni klient, przedsiębiorca, pierwsza setka najbogatszych – mówią, że chcieliby zostać lepszymi ludźmi. "Dziś biznesmen aspirujący do najwyższej klasy chce budować atrybuty wewnętrznej siły, a nie funkcjonować na poziomie atrybutów plemiennych sprowadzających się do krzykliwej ostentacji. Będziemy pracować nad kulturą języka, umiejętnością słuchania" - tłumaczy Santorski. Fazę, w której znaleźli się współcześni przedsiębiorcy, nazywa fazą selfness – opartą na kształtowaniu tożsamości. Bo w pierwszej fazie, fitness, przedsiębiorcy chcieli dobrze się prezentować, stąd ich dawna krzykliwość i ostentacja, która dziś może wręcz wykluczyć z elitarnego klubu. Po co demonstracyjnie eksponować metkę na marynarce, skoro i tak wiadomo, że kosztowała ona tysiąc euro?

W drugiej fazie ewolucji, zwanej przez Santorskiego wellness, przedsiębiorcy skupili się na poprawie jakości życia wewnętrznego. Na tym, by posyłać dzieci do dobrych szkół, mieszkać w domach od dobrych projektantów, kupować sztukę i chodzić do opery.

Teraz nadszedł czas pracy nad sobą, wszak nabyte w poprzedniej fazie szlachectwo zobowiązuje. "Moja wspólniczka Dominika Kulczyk-Lubomirska łączy w sobie atrybuty świata biznesu i arystokracji. I polscy milionerzy też chcą tacy być" - mówi Santorski. Wyrazem dojrzewania jest także to, że zaczynają łączyć się w grupy. Coraz więcej firm zakłada konsorcja, mimo że w polskim społeczeństwie panuje zastraszająco niski poziom ufności.

Nie można jednak powiedzieć, że wizerunek przedsiębiorcy w oczach polskiego społeczeństwa jest dobry. Według badań prof. Leny Kolarskiej-Bobińskiej, socjologa, w pierwszej połowie lat 90. nieufny stosunek do biznesmenów miało 80 proc. Polaków. Dziś nieufnych pozostało 60 proc. "20 lat temu wizerunek przedsiębiorcy był fatalny" - mówi Kolarska-Bobińska. Przeciętny Polak prywatyzację utożsamiał ze złodziejstwem, a biznes traktował jak społeczny element. Nie zauważano, że ludzie, którzy zajęli się działalnością na własny rachunek, dorabiają się dzięki ciężkiej pracy, powszechnie sądzono, że bogacą się dzięki przekrętom. W powszechnej świadomości biznesmen korzystał z dawnych nomenklaturowych układów i dlatego miał dostęp do rentownych prywatyzacji, atrakcyjnych lokalizacji dla swoich firm czy do wiedzy niedostępnej zwykłemu śmiertelnikowi, a nieocenionej przy pomnażaniu pieniędzy. Często ten stereotyp znajdował potwierdzenie w spektakularnych aferach, jak choćby Art-B Bagsika i Gąsiorowskiego.

"Pod koniec lat 90. zaczęło to się zmieniać. Ludzie dostrzegli, że biznesmeni to osoby pracowite, wykształcone. Nie wierzono w ich czyste intencje, ale już w ciężką pracę tak. Zaczęto doceniać, że dorobili się pieniędzy własnymi rękami" - mówi Lena Kolarska-Bobińska. Polacy zauważyli, że prywatyzację można przeprowadzać na różne sposoby, nie zawsze złe, że dzięki niej samemu wręcz można zarobić, choćby kupując akcje. Zaczęli ufać giełdzie, bankom, a w konsekwencji biznesowi. Tym bardziej że – jak dostrzegli – biznes to nie tylko wieloryby w rodzaju Jana Kulczyka czy Ryszarda Krauzego, ale także właściciele małych piekarni czy warzywniaków, którym w czasach kryzysu, podobnie jak innym, powodzi się źle.

Świadomy swego lepszego wizerunku biznes zaczął współdziałać ze społecznościami. Sponsorować sport, kulturę, organizować bale charytatywne, pomagać biednym lub chorym dzieciom. "Biznesmeni zaczęli być świadomi tego, że aby nie być znienawidzonym, trzeba na to pracować" - mówi Lena Kolarska-Bobińska. "Zaczęto mówić o misji biznesu. Stąd wzięła się poprawa postrzegania przedsiębiorców"