Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej kury hodowlane od 2012 r. muszą mieć o wiele więcej miejsca niż dotąd. W dużej klatce znajdzie się gniazdo do znoszenia jaj, grzęda jak na wsi w kurniku, ściółka, w której można grzebać, bardzo łatwy dostęp do karmidła i dwóch poideł. Niby nic, a dla hodowców rewolucja.

Polski rząd zwrócił się w tym roku do UE z prośbą o odroczenie tych wymogów do 2017 r. Argument - koszty wymiany klatek są dla hodowców zbyt wysokie. Ale Rada Rolnictwa UE odrzuciła ten wniosek. Polski nie poparło żadne unijne państwo.

"Polscy hodowcy drobiu już w chwili wejścia do UE wiedzieli, że muszą zmienić klatki dla kur. Mieli czas na przygotowania. Europa nie chce tolerować cierpienia ptaków. Trzymane są w ścisku, jedna nad drugą, nie mogą się obrócić, muszą znosić jaja ponad normę, co powoduje łamanie się ich kości, skrzydeł i łap, w stresie okaleczają się, więc obcina im się dzioby. Stoją na drucianych siatkach. To koszmarne warunki" - mówi Cezary Wyszyński z Międzynarodowego Ruchu na rzecz Zwierząt "Viva".

Hodowcy nie do końca się z tym zgadzają. "Naszych hodowców nie stać na wymianę klatek w tak szybkim tempie. To są ogromne koszty, rzędu co najmniej miliona złotych na fermę; musimy mieć więcej czasu. Ten nakaz grozi nam bankructwem. Cena polskiego jajka bardzo wzrośnie. Albo na jego miejsce wejdzie jajko chińskie, a wolę sobie nie wyobrażać, jak tam hoduje się chińskie kury i co one jedzą" - mówi Lesław Jakubiec, prezes Beskidzkiego Związku Hodowców i Producentów Drobiu.