Szefem banku Pekao SA będzie pan tylko do najbliższego poniedziałku…

Tak jest, 11 stycznia po południu - wychodzę.

Dlaczego tak się stało?

Zakończyłem pracę w porozumieniu z radą nadzorczą banku.

Nieoficjalne informacje są takie że nie podobał się panu proponowany przez włoskich właścicieli nowy sposób zarządzania bankiem.

Nie mogę tego komentować. Jesteśmy spółką giełdową, a wszelkie spekulacje dotyczące wewnętrznych spraw Banku Pekao, czy też grupy UniCredit, mogą mieć wpływ na kurs akcji.

Odchodzi pan z żalem?

Może się starzeję, ale ze wzruszeniem. Do części pracowników wiadomość o mojej rezygnacji dotarła późnym wieczorem podczas szkolenia, na którym byłem obecny. Widziałem ich zaskoczenie, musiałem zareagować. Kiedy zacząłem mówić o moim odejściu kilkaset osób zaczęło bić brawo. Oklaski trwały i trwały i wiedziałem, że są bardzo szczere. Nigdy bym się nie spodziewał takiego zrozumienia. Powiedziałem wtedy, że taką scenę widzę po raz drugi w życiu. Pierwszy miał miejsce, gdy poseł Ziółkowska złożyła wotum nieufności wobec mojego rządu. Czuło się napięcie, niektórzy wręcz uważali, że to próba rekomunizacji w Polsce. Ja akurat byłem na spotkaniu z kombatantami AK. Gdy ta wiadomość dotarła na salę, kombatanci w żołnierski sposób zademonstrowali swoje poparcie dla mnie w podobny sposób. To było również bardzo wzruszające.

Czy wiceprezes Pekao S.A. Luigi Lovaglio też żegna pana z żalem? Ponoć był ostry konflikt między panami.

Nigdy konfliktu nie było. Mogę natomiast powiedzieć, że silna pozycja banku na rynku, jakość jego portfela - wszystko to w ogromnym stopniu zawdzięczamy Luigi Lovaglio. Przez sześć lat siłą Pekao S.A. było właśnie to, że dwie osoby o różnych temperamentach, innym spojrzeniu na bank potrafiły ze sobą rozmawiać. Przez ten czas pokłóciliśmy się tylko raz. Dotyczyło to dość drobnej kwestii dotyczącej sposobu wewnętrznej komunikacji w banku. To wszystko. Nie mam słów, aby określić jak wiele ja, a także klienci i akcjonariusze Pekao, zawdzięczają temu człowiekowi.

Co teraz stanie się z bankiem Pekao S.A.?

Kryzys umocnił Pekao. Nie byliśmy mistrzami rywalizacji w konkursie najefektowniejszych reklam, w oczarowywaniu klientów i oferowaniu im złotych gór. Nasze wydatki w tym zakresie plasowały nas poza pierwszą dziesiątką najbardziej aktywnych marketingowo banków w Polsce. Dla wszystkich na rynku o wiele milsze były banki, które wydawały na reklamę ponad 100 mln zł rocznie.

Ale wracając do pytania - kryzys jednoznacznie zweryfikował nasz rynek. Klienci zaczęli bardziej profesjonalnie patrzeć na sektor bankowy. Zwracają teraz uwagę na to, czy dany bank ma pieniądze, czy ma silne kapitały, czy ma płynność. Czyli, czy jest bankiem bezpiecznym, i czy będzie w stanie w każdej chwili wypłacić klientowi jego pieniądze. Analitycy też zaczęli patrzeć nie przez pryzmat pięknego wyglądu, lecz jakości portfela, którą wyznaczają konkretne liczby. W tym konkursie wypadamy dobrze, a nawet bardzo dobrze. Rynek potwierdził sens myśli Miltona Friedmana, że prawdziwy biznes to ten, który przynosi zysk.

To jaki będzie zysk netto za 2009 rok?

Najpierw tę informacje musimy podać rynkowi. Jednak jesteśmy bankiem przewidywalnym. Myślę więc, że również w czwartym kwartale nie rozczarujemy.

Kto zatem powinien pana zastąpić aby być pewnym, że dobra passa Pekao S.A. będzie trwała?

Czytaj dalej...


Ja mam na ten temat swój prywatny pogląd. Luigi Lovaglio nie tylko jest Włochem, który pracuje w Polsce. Często żartuję mówiąc, że on w ciągu tych kilku lat stał się takim polskim Włochem. Świetnie zna specyfikę polskiego rynku. A co ważniejsze - zna Pekao SA od podszewki. Byłby więc świetnym szefem banku. Nauczył się również polskiego, co pozwoliło mu zdobyć licencję Komisji Nadzoru Finansowego na kierowanie bankiem w Polsce. I jeszcze coś - dwa lata temu kupił nawet mieszkanie w Warszawie.

A Alicja Kornasiewicz?

To bardzo dobry kandydat. Decyzja jednak należy do rady nadzorczej.

Po 11 stycznia będzie pan miał zakaz konkurencji przez rok. Co pan będzie robił?

Z treści mojego kontraktu mniej więcej wynika, co mogę robić, a czego nie mogę. Od lat jestem związany z rynkami finansowymi i bankowością. Dobrze się czuję w tym obszarze, ale przez rok będzie on dla mnie niedostępny. Mogę na przykład prowadzić działalność publiczną.

W jaki sposób? Jako na przykład szef rady gospodarczej przy premierze, która ma powstać w marcu?

Mogę coś zrobić dla pożytku publicznego, jeżeli będzie taka potrzeba. Co do rady gospodarczej, to pan premier faktycznie sygnalizował jej powołanie.

Pojawiło się mnóstwo spekulacji. Jak pan się odnosi do obdarowywania pana coraz wyższymi stanowiskami? Czy myśli pan o tym poważnie?

Myśląc o sferze publicznej, zawsze myślę poważnie bo to bardzo poważna kwestia. Na dzisiaj nie ma takiego rozwiązania, o którym moglibyśmy dyskutować w kontekście mojej osoby.

Czyli pan nawet nieformalnie nie doradza premierowi Tuskowi?

Nigdy nie śmiałbym doradzać panu premierowi. Ale prawdą jest jednak, że mam swoje lata i trochę doświadczenia. Jeśli premier mnie zapyta o zdanie, to wyrażę swoją opinię.

Jednak trudno uwierzyć, żeby nowa rola, w której pan się znajdzie nie była kolejnym dużym wyzwaniem w pana karierze.

Nie planujcie panowie mojej kariery. Całe moje życiowe doświadczenie pokazuje, że to, co ludziom się wydaje oczywiste, w rzeczywistości nigdy nie następuje. Nie wiem z czego to wynika, ale tak jest. Proszę pamiętać, że w swoim życiu wykonywałem siedem czy osiem skrajnie różnych zawodów. Od stolarza i kierowcy ciężarówki, po wykładowcę akademickiego. Byłem też bezrobotny. Myślę, że i tym razem życie mnie zaskoczy.

Zawsze ważne są aspiracje i marzenia.

Tak, ale moje aspiracje i marzenia w ogromnym stopniu się spełniły. W życiu miałem właściwie tylko dwa duże cele i wyzwania. Pierwsze - aby się nie poddać po stanie wojennym. Wtedy kilku moich kolegów poprosiło o paszport i wyjechało, a ja zostałem. I drugie, po 1989 roku, kiedy się wydarzył ten cud w Polsce - bardzo chciałem uczestniczyć w tej przemianie. Co więcej, moim marzeniem odnośnie rządu Tadeusza Mazowieckiego nie było żadne wielkie stanowisko. Po prostu uważałem, że każdy wtedy powinien pomagać ówczesnemu premierowi.

A został pan drugim polskim premierem po 1989 roku. I często zabiera pan głos w sprawach publicznych. Teraz nawołuje pan do elastyczności w kwestii progów ostrożnościowych dotyczących relacji długu publicznego do PKB.

Muszę zacząć od tego, że każdy dług jest zły, bo przenosi ciężar odpowiedzialności na przyszłe pokolenia. Przyznaję, że nie podoba mi się próg 55 proc., ale jednocześnie nigdy nie twierdziłem, że powinniśmy przekroczyć 60 proc. Chociaż większość państw zachodnich będzie miała w najbliższych latach dług zbliżony do 100 proc. PKB, to Polska - aspirując do strefy euro - nie może przekroczyć 60 proc. Zwłaszcza, że też ten poziom mamy wpisany w konstytucji. Natomiast próg 55 proc. powinniśmy dogłębnie przeanalizować, poddać rewizji. Ekonomiści z mojego banku wyliczyli, że zastosowanie cięć, obligatoryjnych po przekroczeniu tego progu, spowodowałoby - mówiąc językiem potocznym - masakrę. Uważam więc, że to jest tylko straszak bo wprowadzenie sankcji wynikających z przekroczenia tego progu jest niemożliwe. Druga sprawa, że nigdy nie lubiłem nabożnego szacunku do parametru, który nie ma dla nas strategicznego znaczenia. Dopiero 60 proc. ma dla nas takie znaczenie.

Po trzecie - wysokość długu zależy od sposobu wyliczenia. Dług Stanów Zjednoczonych wyniósłby kilkaset procent, gdybyśmy policzyli go w sposób najmniej dla Stanów życzliwy. W Polsce, przez reformę emerytalną, sami ten dług bardziej wyciągnęliśmy na powierzchnię. Kosztuje to nas w skali roku ok. 13 punktów procentowych. Jest więc problem, ale nie ma żadnej katastrofy. Gdy popatrzymy na nasz dług w sposób bardziej elastyczny, to okazałoby się, że nasz dług nie sięga 40 proc. PKB.

Czytaj dalej...


Niepokojący w tym zjawisku jest problem efektywności funkcjonowania funduszy emerytalnych. Są one niezwykle atrakcyjne dla ich właścicieli. Pekao ma fundusz emerytalny i jego wyniki są dla nas bardzo korzystne. Pytanie tylko czy - patrząc na cały rynek OFE - są równie korzystne dla ich członków. Na pewno tutaj pewna korekta po 10 latach funkcjonowania reformy emerytalnej jest wskazana. Myślę, ze przydałby się przegląd tego, co można poprawić.

Co czeka nas w 2010 roku w gospodarce?

To jest trudny rok. Myślę, że zabieramy się do tegorocznych wyzwań z trochę fałszywymi przesłankami. Czwarty kwartał, moim zdaniem, był bardzo dobry z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Wynik może być nawet wyższy od prognozowanego. To, w połączeniu z prawdopodobnie wciąż bardzo dobrymi danymi za pierwszy kwartał 2010 roku, doprowadzi do przekonania, że kryzys mamy już za sobą. Wielu może wręcz nabrać pewności, że 3-4 proc. wzrostu w 2010 mamy w kieszeni.

Jednak to dość fałszywe myślenie. Dobry czwarty kwartał 2009 i pierwszy kwartał 2010 nie powinny nas zmylić. W drugim półroczu 2010 roku będziemy podróżowali trochę w nieznane. Nie wiemy, jak czołowe gospodarki świata wyjdą z pakietów stymulacyjnych. Jak banki centralne zaczną reagować, gdy pojawi się impuls inflacyjny, a przecież stopy procentowe są teraz bliskie zeru. Coraz bardziej pewne wydaje się zjawisko, że odbudowa gospodarki będzie się odbywała bez tworzenia nowych miejsc pracy. Nie wiemy, jaki to wytworzy problem społeczny. Do tego wszyscy potentaci budują na potęgę dług. Np. Niemcy nie tylko zbliżają się do 80 proc. PKB, ale ekonomiści nie są w stanie nawet przewidzieć, w ciągu ilu lat ich dług zejdzie do progu 60 proc. Wchodzimy więc w świat, którego nie znamy.

Jaki będzie wzrost PKB w Polsce w 2010 roku?

W 2009 roku udało mi się trafić dość celnie. W tym roku będzie na podobnym poziomie, chociaż wolałbym się mylić. Oby był lepszy niż 2 procent.

A co ze złotym?

Lekkie umocnienie wobec euro. Prognoza Pekao to 3,9 zł za euro. Natomiast wobec dolara prognoza nie jest jednoznaczna. Większość ekspertów podkreśla, że dolar będzie słabł m.in. przez wysoki poziom długu USA. Jednak trzeba pamiętać, że dolar jest wciąż walutą świata numer jeden.

Czy ma pan jakieś postanowienia noworoczne?

Przede wszystkim mam jedno marzenie. Abyśmy utrzymali to, co udało nam się wypracować w starym roku. Polacy stają się dumnym narodem i mają poczucie własnej siły. Zarówno ci, którzy są w kraju, jak i ci jeżdżący po świecie. Zaczynamy wzbudzać szacunek. Pamiętam żarty z Polaków, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy w Niemczech. Teraz inni nas szanują, a to już duży sukces. Ale najważniejsze jest to, że my sami mamy w końcu poczucie własnej wartości i dumy ze swojego kraju.