Mimo protestów niektórych ekologów, Polski i państw bałtyckich nieco wcześniej to samo uczyniła Dania.

Gdy ruszą prace na Bałtyku, gazociąg będzie się wydłużał dziennie o 3 km, aż osiągnie docelowe 1223 km. To prędkość trzykrotnie większa niż ta, z jaką porusza się ślimak winniczek. Dla porównania: tarcza, która będzie kopać tunel dla drugiej linii warszawskiego metra, dziennie ma drążyć zaledwie 20 m. Jak to będzie wyglądać w praktyce?

Tajemnica wspólnego interesu

Zatoka Portowa nieopodal wioski Bolszoj Bor, 25 km od Wyborga. To właśnie tam, wśród lasów na fińskim pograniczu rozpocznie się podmorska część gazociągu. Kolejno przez rosyjską, fińską, szwedzką, duńską i niemiecką strefę ekonomiczną dotrze do Lubmina w pobliżu niemieckiej Gryfii (Greifswald). W przedsięwzięcie są zaangażowane firmy z ośmiu państw. Rosjanie zbadali dno pod kątem geologicznym, wyprodukują też część rur. Resztę dostarczą Niemcy, którzy zajęli się też m.in. stroną inżynieryjną. Włosi te rury położą i zaprojektują cały gazociąg. Do tego odpowiedzialni za logistykę Francuzi, czuwający nad BHP Norwegowie, którzy wespół z Duńczykami i Szwedami zbadali dno Bałtyku pod kątem ekologicznym. Spółka Nord Stream AG jest zaś zarejestrowana w... maleńkim szwajcarskim kantonie Zug, który wielonarodowym korporacjom zapewnia niskie podatki i dyskrecję. Właścicielami akcji Nord Streamu są – poza Rosjanami i Niemcami – także Holendrzy z Gasunie. Prawdziwie międzynarodowe towarzystwo.

Wszystko zacznie się w fabrykach rur. Te z Rosji pojadą koleją do fińskiego portu w Kotce. Reszta zostanie w ten sam sposób przetransportowana z niemieckiej fabryki do portu w Sośnicy (Sassnitz) na niemieckiej Rugii. Każdy z 200 tys. fragmentów rur ma 1,4 m średnicy i 12,2 m długości, czyli jest o metr krótsza niż zwykły, nieprzegubowy autobus marki Ikarus 260, jakich wiele jeszcze jeździ po ulicach polskich miast.


Rura jest zbudowana z grubej na 27 do 41 mm stali. Na stal kładzie się 3-mm ochronę antykorozyjną z polietylenu, zaś w Sośnicy i Kotce całość zostanie pokryta grubą na 60 do 110 mm warstwą żelbetonu. Skąd te rozbieżności w grubości? Wszystko zależy od głębokości, na jakiej dany fragment rury będzie leżał. Im głębiej, tym ciśnienie jest większe – tym większą zatem siłę nacisku musi wytrzymać rurociąg. Gotowe rury zostaną załadowane na barki, na jedną wejdzie 250 sztuk. Po dotarciu do statku ȁE;SolitaireȁD;, wokół którego będzie funkcjonowała strefa zakazu przepływu statków o średnicy 6 km, dźwigi rozładują rury, po czym na statku połączy się je w pary. Pływający pod panamską banderą, długi na 400 m ȁE;SolitaireȁD; jest największym przystosowanym do układania podmorskich gazociągów statkiem na świecie. Jego najwyższy dźwig sięga 57 m. A choć proces kładzenia rur jest niemal w pełni zautomatyzowany, może na nim pracować 420 robotników.

– Pracownicy mają na pokładzie wszystko, czego mogą potrzebować przez pięć tygodni ciągłej pracy na pokładzie – mówi nam Jeroen Hagelstein z firmy Allseas, właściciela statku. – Są kabiny z prysznicami, siłownie, restauracja – dodaje. Załoga je cztery posiłki dziennie, przy każdym jest sześć dań do wyboru. Nie ma co jednak oczekiwać luksusów. Robotnicy po pracy nie mogą skoczyć do kina czy na basen. – Rodziny także zostają na brzegu – zastrzega Hagelstein.

Siłownia i kabina z prysznicem

Fragmenty rur po kolei będą dołączane do już istniejącej części gazociągu, zespawane od zewnątrz i od środka, po czym stopniowo opuszczone na dno (patrz infografika). Zanim to nastąpi, szczelność każdego złącza sprawdzi się za pomocą ultradźwięków. Gdy rura połączy Rosję z Niemcami, woda zostanie z niej wypompowana na rosyjskie wybrzeże. Zanim jednak przez gigantyczną tłocznię w Wyborgu (której elementy dostarczy znany z produkcji ekskluzywnych limuzyn Rolls-Royce) popłynie gaz ziemny, najpierw przepompuje się przez rurę pewną ilość azotu. Chodzi o to, by dokładnie sprawdzić, czy Nord Stream został poprawnie wykonany. W 2011 r. pierwsza nitka, zaś rok później druga mają być gotowe do rozruchu. Docelowo wewnątrz ma panować ciśnienie 220 atmosfer.


Nie znaczy to jednak, że rura będzie pozostawiona sama sobie. Co jakiś czas podróż z Rosji do Niemiec będą odbywały zespoły tłoków, po angielsku nazywane bardziej poetycko świniami (PIGs, czyli pipeline inspection gauge), które wykryją wszelkie przejawy korozji czy innych uszkodzeń – i to bez konieczności zakręcenia gazu. Od zewnątrz podobne badania mają przeprowadzać podwodne roboty zwane ROV. Takie same badały m.in. wnętrza wraków ȁE;TitanicaȁD; czy ȁE;BismarckaȁD;.

Wszystko to wygląda dość łatwo, jednak tak naprawdę przed wykonawcami projektu stoi trudne zadanie. Problemy może Nord Streamowi sprawić... historia. Do wyobraźni najbardziej przemawia zagrożenie ze strony zatopionej w Bałtyku hitlerowskiej broni chemicznej. Gdy w 1945 r. alianci doprowadzili Niemców do kapitulacji, postanowili zniszczyć trujące arsenały. Początkowo mieli je zatopić w otchłaniach Atlantyku. – Ostatecznie nie starczyło na to pieniędzy i metalowe beczki z gazami bojowymi wylądowały na głębokości około 90 m głównie w pobliżu Rugii, Bornholmu i Gotlandii. Topili wszyscy: Anglicy, Amerykanie, ZSRR, a władze NRD robiły to jeszcze w 1965 r. – mówi nam Ildus Chalikow z Centrum Badań Hydrologicznych ȁE;TajfunȁD; w Obnińsku. Obecnie nikt nie wie, gdzie dokładnie znajdują się śmiercionośne pułapki – alianci wyrzucali je wprost z pokładów okrętów, skrzynki potrafiły przedryfować wiele metrów, zanim osiadły na dnie. Czasem, aby uniknąć wypłynięcia amunicji na powierzchnię, topiono ją razem ze statkami. Szacuje się, że miejsc zatopienia chemicznej amunicji i bojowych środków trujących może być nawet 60. Do tego dochodzą ładunki broni konwencjonalnej i zwykłe miny.


Najgroźniej jest w okolicach duńskiego Bornholmu, który Nord Stream ma ominąć od południa. W 1992 r. na plaży w Dueodde odkopano ćwierćtonową bombę wypełnioną iperytem, bezbarwnym gazem o delikatnym zapachu musztardy z czosnkiem, który wywołuje silne oparzenia, prowadzące często nawet do śmierci. – Corocznie wyławia się z morza do tony trujących materiałów – mówi nam Nadieżda Miedwiediewa z Centrum Bezpieczeństwa Ekologicznego w Petersburgu. Można by ten korodujący złom zneutralizować, ale nikt nie jest skłonny wyłożyć na to pieniędzy. Do neutralizacji trucizn nie trzeba ich nawet wyławiać – wystarczyłoby wystawić je na działanie srebra (ułatwia rozkład m.in. sarinu) bądź rutenu (przeciwko iperytowi czy fosgenowi). To metoda bezpieczna dla środowiska: w wyniku procesów chemicznych powstaje CO2, woda, tlenki azotu i śladowe ilości kwasów. Koszt? 5,5 mld euro, czyli za drogo jak na chęci państw nadbałtyckich. Tymczasem także wśród polskich rybaków do dziś krążą opowieści o owrzodzonych flądrach żerujących na dnie i chorujących właśnie przez kontakt z iperytem.

Ominąć dorszowe gody

Po 60 latach wystarczy nawet drobne naruszenie ładunków, aby doszło do wycieku. Nord Stream zapewnia, że dokładnie przebadał całą trasę gazociągu przy użyciu robotów, które w promieniu 50 m od trasy gazociągu zidentyfikowały 80 ładunków konwencjonalnych i żadnej broni chemicznej. Część ekspertów ma jednak wątpliwości. – Gdyby pan dostał 10 mln euro, żeby nie znaleźć niczego groźnego, też by pan niczego nie znalazł – mówi nam publicysta Grigorij Paśko, największy rosyjski przeciwnik rury bałtyckiej.

Budowniczy powinni patrzeć także uważnie w kalendarz, aby nie trafić na sezon godowy dorsza. W ciągu 25 lat populacja tej ryby spadła w Bałtyku o 90 proc. – Nikt nie dał gwarancji, że tak wielka ingerencja w ekosystem nie wpłynie na zachowania dorsza czy innych zwierząt zamieszkujących ten akwen. Gazprom twierdzi, że nic nikomu nie grozi, ale tego typu badania powinny potrwać wiele lat, aby móc wyciągać tak daleko idące wnioski – mówi Paśko. Argumenty Rosjan nie przekonały też skandynawskich ekologów ani tamtejszej opozycji, która już deklaruje, że w razie zwycięstwa w wyborach we wrześniu 2010 r. może cofnąć zgodę na budowę Nord Stream. Ale ekologia to nie wszystko.


Wróg carskiej floty

4 lipca 1790 r. Szwedzi trzeci rok walczą z Rosjanami o panowanie na Bałtyku. Król Gustaw III zamierza wysadzić pod Wyborgiem desant, który mógłby ruszyć na stołeczny wówczas Petersburg. Drogę w Zatoce Wyborskiej zagradza mu jednak carska flota. W efekcie bitwy Rosjanie odpierają przeciwnika, w sumie zatapiając 10 okrętów i fregat oraz 10 mniejszych łódek. Sami tracą dwie. Dzisiaj wszystkie te statki leżą na dnie w pobliżu Wyborga. W tym samym miejscu wkrótce ma zostać położona pierwsza część gazociągu północnego. Ekipy, które przeprowadzały prace przygotowawcze, tylko w pobliżu Wyborga natrafiły na dwa wraki w odległości poniżej 50 m od trasy gazociągu. Na całej trasie może ich być nawet kilkadziesiąt. Dla poszukiwaczy skarbów to prawdziwa gratka. Ich poszukiwania są drogie, więc badania dokonane dla Gazpromu są dla nich szansą na odkrycie prawdziwych skarbów.

Gdy Nord Stream upora się z całym zadaniem, uchroni się przed iperytem, wrakami i wściekłością ekologów, a wreszcie zdobędzie niezbędne pieniądze na ukończenie inwestycji, których na razie nie ma, pozostanie jeszcze jeden problem. Kto wie, czy nie najważniejszy: skąd wziąć niezbędną ilość gazu? Złoża sztokmanowskie – długoterminowo stamtąd ma popłynąć gaz do Europy – nie są zbyt pewnym źródłem. W dodatku do eksploatacji mają zostać włączone w 2016 r. Nawet ten termin może się okazać nierealny. – Nie sądzę, by gaz ze złóż sztokmanowskich popłynął tak szybko, jak twierdzi Gazprom – mówi Paśko.

Mimo to prace przygotowawcze ruszyły, i to już cztery lata temu. Nie wystarczy bowiem położyć gazociągu na dnie morza. Trzeba jeszcze połączyć go z infrastrukturą przesyłową. Na terenie Rosji ma temu służyć nie taki znowu krótki, 917-kilometrowy gazociąg Griazowiec – Wyborg. Dlaczego nie traktuje się go jako integralnej części projektu Nord Stream? Być może dlatego, by nie straszyć dodatkowymi kosztami. Położenie 917 km rury na terenie Rosji ma kosztować 5 mld euro. O jedną trzecią dłuższa część podmorska oficjalnie niewiele więcej, bo 7,4 mld. – Tak niskie szacunki są oczywistym kłamstwem, co nieoficjalnie przyznają nawet pracownicy Gazpromu. Koszt budowy z pewnością przewyższy 10 mld euro – mówi Paśko.


Na 37 sekund stanęło mi serce

9 grudnia 2005 r., 12-tysięczne Babajewo w obwodzie wołogodzkim. Na uroczyste zespawanie pierwszego fragmentu nowego gazociągu przyjechali premier Rosji, niemiecki minister gospodarki, szef Gazpromu. Mieszkańcy Babajewa i media przygotowywali się do uroczystości od tygodnia. Wydawałoby się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. – Spawarka ruszyła i zaraz zamilkła. Nie działała przez 37 sekund. Na te 37 sekund zamarło mi serce – wspomina Siergiej Biełow, wiceszef przedsiębiorstwa Swaroczno-Montażnyj Triest, które odpowiadało za pierwszy spaw. – Ale potem rurę zaspawali – mówi w książce Walerija Paniuszkina i Michaiła Zygara ȁE;Gazprom. Rosyjska brońȁD;. Na zespawanym fragmencie przyszłego gazociągu dostojni goście złożyli swoje autografy. Potem poszli się ogrzać do podgrzewanego namiotu. Na grudniowym trzaskającym mrozie trudno długo wytrzymać.

Jaki początek, taka i cała reszta budowy. Rura z Griazowca na wybrzeże Bałtyku biegnie na bardzo trudnym terenie. Bagna, rzeki i lasy. Pół biedy, gdy trwa zima. Bagno wówczas zamarza i na teren budowy można bez przeszkód wjechać ciężkim sprzętem. Głazy są wysadzane trotylem, rurę puszcza się pod korytami rzek. W lecie jednak, aby przedrzeć się przez bagna, robotnicy muszą układać drogi z bali drewna. Kilka ułożonych warstw ratuje ciężarówki przed utonięciem w błocie. Sprytne? Może. Ale chłopcy z Gazpromu i podległych mu spółek nie odkryli Ameryki. W ten sam sposób przed tysiącem lat niewolnicy dawnych Słowian przeciągali po drewnianych balach swoje łodzie z jednej rzeki do drugiej.

Obecnie na budowie rurociągu z Griazowca nie pracują niewolnicy. Monterzy i spawacze to często kolejne już pokolenie pracujące przy budowie gazociągów. Mieszkają w tymczasowych obozach, w budynkach, które sami nazywają – ze względu na kształt – beczkami. Ich dzieci idą do najbliższej szkoły, a gdy budowa rury się kończy, firma przerzuca ich często na drugi koniec Rosji do nowego zadania – opisują Paniuszkin i Zygar. – Do dziewiątej klasy mieszkałem w beczce. Niektórzy moi koledzy zmieniali szkoły po 10 – 15 razy. Co robić, taka praca – opowiadał im jeden z robotników Leontij Warieca.