Eksperci sięgnęli po dane GUS o średnich firmach (50–250 osób). Uwzględniono wyniki za cztery kwartały: ostatni 2016 r. i pierwsze trzy 2017 r., zestawiono zysk brutto dla poszczególnych branż z wielkością wypłacanych w nich wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne i policzono, jak duży wzrost kosztów pracy pozbawiłby branże zysku. W ten sposób powstało coś w rodzaju mapy możliwości podwyżek płac. Orientacyjnej, bo autorzy badania zdają sobie sprawę z uogólnień, na jakich się ona opiera, a także z tego, że średnie firmy to nie cała gospodarka.

Obraz, jaki się wyłonił, nie był tak alarmistyczny, jak go często malują pracodawcy. Co prawda są przedsiębiorstwa, gdzie nawet kilkuprocentowy wzrost płac może zachwiać rentownością, ale w skali całego sektora nie jest ich wiele. Firmy, w których podwyżka o nie więcej niż 10 proc. zeruje wynik, albo pogłębia istniejącą stratę wypracowują tylko 4 proc. przychodów badanej grupy. – Zaskoczeniem było to, że wśród nich są takie branże jak telekomunikacja, działalność pocztowa i kurierska – mówi Mrowiec.

Wnioski? Albo pracownik telekomu, listonosz czy kurier nie będą więcej zarabiać, albo – co prawdopodobniejsze przy tak napiętej sytuacji na rynku pracy – ich pracodawca poszuka dodatkowych przychodów, by spełnić ich oczekiwania. – Nie dopuści do wyzerowania zysków, więc pewnie będzie się starał podnieść ceny – ocenia Mrowiec.

Łatwiej będzie o wzrost płac w handlu detalicznym i w transporcie. Tu zysk zjadłyby podwyżki płac w przedziale od 10 do 30 proc. Grupa firm z takim marginesem bezpieczeństwa jest większa od poprzedniej, bo wypracowuje ok. jednej piątej przychodów badanej grupy. Prócz handlu mieści się w niej większość działalności budowlanej i pojedyncze branże przemysłowe, np. produkcja odzieży. Autorzy symulacji sądzą, że tu też w jakimś zakresie firmy podniosą ceny, by sprostać pracowniczym żądaniom – choć nie wszędzie będzie to możliwe ze względu na wcześniej podpisane umowy (budowlanka).

Jako ostatnią grupę ekonomiści Pekao wyodrębnili te firmy, których wyniki finansowe pozwoliłyby na wzrost płac o 30–40 proc. Są wśród nich producenci mebli, elektroniki czy wyrobów metalowych. W większości tych branż dużą rolę odgrywa eksport, a ich silna pozycja za granicą do tej pory opierała się na niskich kosztach pracy, co pozwalało zaoferować niższą cenę. Żeby utrzymać konkurencyjność, potrzebne będą inwestycje w poprawę produktywności.

Już dziś jest dużo inwestycji ograniczających pracochłonność. To rzeczywiście klucz do utrzymania konkurencyjności – zgadza się Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności. Ale do ogólnego wydźwięku symulacji ekonomistów Pekao ma sporo zastrzeżeń. Bo gdyby przyjąć jej wynik za punkt wyjścia do rozmów o podwyżkach w sektorze producentów artykułów spożywczych, to pracownicy mogliby domagać się wzrostu płac o co najmniej połowę.

Zasadnicza wada takich wyliczeń to zbyt duży poziom ogólności. Należałoby raczej robić je dla każdej firmy z osobna. Bo inaczej wygląda margines bezpieczeństwa dla przedsiębiorstwa konkurującego głównie na rynku wewnętrznym, a inaczej dla eksportera – wywodzi. Błędem nazywa pominięcie innych czynników, które mogą szybko pogorszyć rentowność, np. skok cen surowców do produkcji.

To zły pomysł, by mówić: „Podnieśmy płace, aż zysk w firmie się wyzeruje”. Takie zerowanie zysku oznacza koniec inwestycji, ograniczenie ekspansji, zmniejszenie możliwości prowadzenia promocji. Wprowadza więcej zamieszania, niż w rzeczywistości pokazuje, bo sprawia fałszywe wrażenie, że ktoś celowo nie chce płacić więcej pracownikom, choć mógłby. A tak przecież nie jest – konkluduje dyrektor Gantner.