To dane z raportu o bilansie płatniczym opublikowanego w piątek przez Narodowy Bank Polski. Wynika z niego, że wartość wynagrodzeń cudzoziemców w Polsce nadal rośnie i bije kolejne rekordy. Tak dużych wypłat jak w I kw. nie było, odkąd prowadzone są statystyki.

Ale też nie są one zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę wzrost zatrudnienia obcokrajowców, zwłaszcza Ukraińców. To oni stanowią większość migracji zarobkowej do naszego kraju. Według ostatnich danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej do maja włącznie pracodawcy złożyli 737 tys. oświadczeń o ich zatrudnieniu. To o połowę więcej niż w tym samym okresie 2016 r. Tylko w maju liczba oświadczeń wyniosła 156 tys., o 80 proc. więcej niż rok wcześniej. Dane NBP pokazują przy tym dochody cudzoziemców pracujących w Polsce krócej niż rok. I taką charakterystykę ma imigracja zarobkowa nad Wisłą. Dziś większość przybyszy ze Wschodu pracuje na oświadczenia pracodawców ważne pół roku. W zeszłym roku wydano ich 1,25 mln, podczas gdy pozwoleń na pracę tylko 116 tys. Średni czas pobytu ukraińskiego pracownika w Polsce to pięć miesięcy.

W raporcie NBP widać jeszcze jedno ciekawe zjawisko: w I kw. wzrósł deficyt w bilansie przychodów i rozchodów z tytułu wynagrodzeń pracowników. Czyli, upraszczając, różnica między tym, co zarabiają Polacy za granicą i przysyłają do kraju (ale też tylko ci, którzy przebywają tam krócej niż rok), i tym, co uzyskują cudzoziemcy i wysyłają do siebie. Zarobki tych drugich były o niemal 2 mld zł większe. Deficyt w tym zestawieniu od 2004 r. wystąpił tylko dwa razy: w I kw. 2016 r. (139 mln zł) i IV kw. 2016 r. (662 mln zł) i – jak widać – nigdy nie był tak duży, jak obecnie.

– Biorąc pod uwagę, jaki mieliśmy trend, pojawienie się takiego deficytu było kwestią czasu – mówi Grzegorz Maliszewski z Banku Millennium. Jego zdaniem będzie on – w połączeniu z rosnącym deficytem handlowym – powiększał ujemne saldo na rachunku bieżącym Polski. Wielkość tego salda to miara odporności kraju na zewnętrzny szok. Im większy minus, tym mniejsza odporność. Maliszewski uspokaja, że na razie zagrożenia nie ma, bo ujemne saldo nie przekroczy szybko 3 proc. PKB, a dopiero na poziomie 5 proc. PKB inwestorzy zaczynają bacznie przyglądać się gospodarce.

Informacje z bilansu płatniczego obejmują tylko transfery, co oznacza, że 4,3 mld zł zarobione przez cudzoziemców w I kw. zostało wysłane do ich rodzinnych domów. W rzeczywistości zarobki były wyższe, na co wskazują starsze badania NBP. W raporcie opublikowanym pod koniec 2016 r. bank centralny wskazywał, że 2/3 ankietowanych Ukraińców zadeklarowało, że przekazuje zarobione przez siebie pieniądze do domów. Mimo że pieniądze zarobione w Polsce wypływają za granicę, to wpływ cudzoziemców na polską gospodarkę jest raczej pozytywny. Maliszewski zwraca uwagę, że ich obecność rozładowuje napięcia na rynku pracy: pracodawcom łatwiej znaleźć załogę, dzięki czemu nie ma dużej presji na podwyżki płac.

– Poza tym duża część imigrantów pracuje legalnie. Od ich pensji odprowadzane są podatki i składki ubezpieczeniowe – dodaje ekonomista. Eksperci podkreślają, że taki stan jak obecnie nie musi trwać wiecznie. To, czy zarobki – i ich transfery za granicę – będą rosnąć, zależy od tego, czy imigranci zostaną nad Wisłą. Na początku czerwca swoje granice przed Ukraińcami otworzyła UE i osoby posiadające paszporty biometryczne mogą wjechać do krajów Wspólnoty bez wizy na 90 dni w ciągu półtora roku w celach biznesowych, turystycznych i rodzinnych. Część Ukraińców, którzy dziś na krótko przyjeżdżają do pracy w Polsce, może potraktować nasz kraj tylko jako tranzytowy. To prawdopodobny scenariusz, bo władze nie mają pomysłu, jak zatrzymać imigrantów. Zmiana polityki migracyjnej jest szykowana od dawna, ale prace nad nią utknęły.