O rychłym końcu prac nad tzw. ustawą frankową mówił nam wczoraj Marek Magierowski, rzecznik Kancelarii Prezydenta RP. – Za tydzień zespół ekspertów zakończy pracę i przekaże jej wyniki Kancelarii Prezydenta. Na jej podstawie kancelaria może skorygować prezentowany już wcześniej projekt ustawy – powiedział Magierowski.

Kancelaria zdecydowała się oddać sprawę grupie ekspertów po miażdżącej jej plan opinii Komisji Nadzoru Finansowego. KNF wyliczyła, że wprowadzenie w życie propozycji kancelarii (m.in. przewalutowanie po tzw. kursie sprawiedliwym, niższym od rynkowego) może kosztować banki 67 mld zł i doprowadzić je do kryzysu.

W tej chwili w grę wchodzą trzy drogi rozwiązania problemu kredytów walutowych. Prezydencka ustawa to jedna z nich. Na stole leżą jeszcze dwie, obie zakładające przewalutowanie dobrowolne i w obu głównym celem jest zdjęcie z systemu finansowego ryzyka, jakie wiąże się z utrzymywaniem dużego portfela kredytów walutowych. Pierwszą z propozycji prezentuje prezydencki doradca Marek Dietl, który uważa, że nie trzeba będzie zmuszać banków do rozwiązania sprawy w drodze ustawy, o ile zawrą one ugodę z klientami. Taka ugoda musiałaby spełniać pewne warunki brzegowe. – Pierwszy: "kredytobiorcy walutowi" nie powinni ani zyskać, ani stracić w porównaniu do złotowych, co oznacza zastosowanie jakiegoś kursu sprawiedliwego przy przewalutowaniu. Drugi: ich rata po przewalutowaniu nie może znacząco wzrosnąć wobec bieżącej – tłumaczy Dietl.

Pierwszy warunek miałby być osiągnięty przez przewalutowanie po tzw. kursie sprawiedliwym, byłby on różny dla kredytów wziętych w różnym czasie (koncepcja „kursu sprawiedliwego” pojawiła się już w styczniowej propozycji ustawy dotyczącej przewalutowania kredytów). Dietl szacuje koszty takiego przewalutowania dla banków na 14–18 mld zł. Przy przewalutowaniu uwzględnione musiałoby być też to, że kredytobiorcy walutowi znacznie szybciej spłacają kapitał kredytu (liczony we frankach) w porównaniu do analogicznych kredytów złotowych. Pokazuje to przykład kredytu o wartości 300 tys. zł wziętego w latach 2007–2008. Od tamtego czasu kapitał wyrażony we frankach został spłacony w blisko jednej czwartej (podczas gdy w kredytach złotowych jest to niepełne 15 proc.), ale z powodu umocnienia franka do złotego wartość tego kredytu w złotych wynosi dziś około 400 tys. zł. Gdyby ugoda weszła w życie, po przewalutowaniu kapitał nowego kredytu wyniósłby około 320 tys. zł, czyli znacząco spadłby poniżej dzisiejszego poziomu, ale byłby wyższy niż w momencie wzięcia kredytu.

Ceną, jaką mieliby ponieść frankowicze, mogłaby być np. rezygnacja z roszczeń z tytułu stosowania przez banki spreadów.

Drugi cel ugody to zabezpieczenie wysokości raty. Przewalutowanie oznacza zmianę stopy procentowej – przy kredycie złotowym jest to WIBOR, który jest dużo wyższy niż LIBOR stosowany przy kredytach walutowych. – Dobrze byłoby, żeby raty kredytów nie wzrosły o więcej niż 10 proc. w porównaniu do obecnej ich wysokości. Narzędziem, dzięki któremu można by to uzyskać, jest wydłużenie okresu spłaty kredytu. Wydaje się, że gdyby dopuścić przedłużenie maksymalnie o 5 lat, to wszyscy kredytobiorcy, nawet ci, którzy brali kredyty po najbardziej niekorzystnym kursie, powinni uniknąć wzrostu raty powyżej 10 proc. Następnie wysokość raty powinna zostać zamknięta w "korytarzu" 95–110 proc. wysokości raty po przewalutowaniu – wyjaśnia Marek Dietl.

Jego zdaniem to scenariusz, w którym każda ze stron musi nieco ustąpić, ale jednocześnie coś zyskuje. – To nie jest rozwiązanie wymarzone przez frankowiczów, tak samo jak nie jest wymarzone przez banki czy ministra finansów. Ale jeśli każda ze stron nieco się nie posunie, to za kilka lat może nas czekać bardzo twarde lądowanie – podkreśla doradca prezydenta.

Swój pomysł na ugodowe rozwiązanie problemu mają banki. Wczoraj "Puls Biznesu" opisał propozycję Związku Banków Polskich, opracowaną przez firmę doradczą EY. Punkt zbieżny z pomysłem Marka Dietla to ustanowienie ograniczenia wzrostu rat. Banki chcą, by maksymalnie wynosiła ona 70 proc. dochodów kredytobiorcy. Wielkość ponad ten wskaźnik miałaby być umarzana, co w bankach generowałoby stratę rzędu 2,7 mld zł w wariancie maksymalnym. Ale to i tak niewiele w porównaniu do potencjalnych strat, jakie powodowałoby wejście w życie innych propozycji dla frankowiczów.

Ale na tym punkty wspólne się kończą. Banki chcą, by oferta była dostępna tylko dla niektórych kredytobiorców: takich, których miesięczne obciążenie ratą przekracza 70 proc. dochodu, a za zaciągnięty kredyt kupili mieszkanie nie większe niż 75 mkw. lub dom o powierzchni do 150 mkw. Żeby skorzystać z oferty, dotychczasowa obsługa kredytu musi być wzorowa. Propozycję przewalutowania bank składałby tylko raz. Przewalutowanie odbywałoby się po bieżącym kursie złotego (według kursu NBP). Żeby zmniejszyć ratę, bank wydłużałby okres kredytowania maksymalnie o 5 lat (ale nie więcej niż o 20 proc. okresu zapadalności kredytu). Z wyliczeń EY wynika, że bez wydłużenia okresu spłaty raty mogłyby wzrosnąć o prawie 38 proc. Po wydłużeniu i tak by rosły, ale o 25 proc.