Z prognoz ekonomistów, jakie zebraliśmy, wynika, że deficyt finansów powinien się zmieścić w przedziale 3,3 – 3,5 proc. PKB. To więcej, niż rząd szacował w I półroczu, zakładając jego obniżenie poniżej 3 proc. PKB – czyli poziomu uznawanego przez Komisję Europejską za bezpieczny.

Ale powinno to wystarczyć, by Polska utrzymała opinię kraju o stabilnych finansach publicznych. Na tym właśnie zależy Ministerstwu Finansów, które też szacuje maksymalny poziom deficytu właśnie na 3,5 proc.

Odpowiedzialność za zwiększenie deficytu spada na rząd. A dokładniej na tzw. podsektor centralny (budżet i fundusze celowe, np. Krajowy Fundusz Drogowy), który odpowiada za większość deficytu całego sektora. W 2011 r. było to 4,3 pkt proc. PKB na 5,1 proc. PKB całego deficytu.

W tym roku bezpośrednią przyczyną będzie ubytek dochodów z VAT. Wpływy z tego podatku będą o ponad 10 mld zł niższe, niż założono w ustawie budżetowej.

Co prawda w budżecie tę dziurę zasypuje wpłata z zysku NBP, ale według unijnych zasad pieniędzy z banku centralnego nie wolno traktować jako dochodu. Poza tym w wydatkach trzeba też uwzględnić Krajowy Fundusz Drogowy – mówi Piotr Bujak, ekonomista Banku Nordea. Jego zdaniem mniejszą rolę w kreowaniu deficytu będą miały tym razem samorządy – tam źródłem dziury w budżetach były głównie wydatki inwestycyjne, które samorządowcy zaczęli ograniczać.

Ale nawet gdyby deficyt sięgnął 3,5 proc., to zdaniem analityków powinno to wystarczyć, by Komisja Europejska zdjęła z nas procedurę nadmiernego deficytu. Komisja ma pewien margines swobody, bo choć normalnie dopuszczalny poziom deficytu wynosi 3 proc. PKB, to Polska i inne kraje z kapitałową częścią systemu emerytalnego podobnego do naszego OFE wywalczyły sobie ulgowe traktowanie.

O ile w sprawie deficytu za ten rok ekonomiści są zgodni, to pod znakiem zapytania stoi sytuacja finansów publicznych w 2013 roku, gdy gospodarka wyhamuje. Piotr Kalisz z banku Citi Handlowy wylicza, że każde spowolnienie gospodarki o 1 pkt proc. PKB powoduje wzrost deficytu o 0,4 pkt proc. PKB. A Piotr Bujak ocenia, że rząd będzie miał problem z utrzymaniem spadkowej tendencji w deficycie finansów. – Przy tak niepewnych perspektywach gospodarczych można liczyć najwyżej na stabilizację deficytu na poziomie tegorocznym. Rynki finansowe przyjęłyby to spokojnie – mówi ekonomista Nordei.

Jeszcze lepszej myśli jest Piotr Bielski. Jego zdaniem rząd ma szansę na ograniczenie deficytu do około 3 proc. PKB. – Znamy już projekt budżetu na przyszły rok, jeśli zostanie on przyjęty w takim kształcie przez Sejm, deficyt nie powinien się zwiększyć. A dyscyplina wydatkowa może pomóc go zmniejszyć – ocenia Bielski.

Natomiast jeśli chodzi o wielkość tegorocznego długu publicznego analitycy nie mają żadnych wątpliwości. Ich zdaniem ryzyko przekroczenia II progu ostrożnościowego, czyli poziomu 55 proc. PKB, jest znikome. – Dług wyniesie około 52 proc. PKB. Ostateczny wynik zależy od kursu złotego, ale wątpię, żeby to był czynnik, który może popchnąć dług powyżej 55 proc. PKB – mówi Piotr Kalisz. Piotr Bielski uważa, że dług wyniesie około 53 proc. PKB. – Oczywiście mocne osłabienie złotego mogłoby spowodować jego zwiększenie. Gdyby euro było po 4,7 zł, to znaleźlibyśmy się blisko granicy 55 proc. PKB. Nie wydaje się to dziś prawdopodobny scenariusz, ale wciąż mamy kryzys w strefie euro – mówi Piotr Bielski.

Rząd zamierza jednak zmodyfikować zasady uruchamiania sankcji za przekroczenie progu ostrożnościowego, tak by zminimalizować ryzyko wahnięcia kursu waluty pod koniec roku, gdy wylicza się dług. Zamierza np. stosować w wyliczeniach kurs średnioroczny, a nie z ostatniego dnia roku. To zmniejsza ryzyko, że poziom długu wymknie się spod kontroli.