Złoty zaczął się już osłabiać w połowie ubiegłego tygodnia, ale zaakceptowanie przez grecki parlament kolejnego planu cięć powstrzymało ten proces. Na jak długo? Finał najnowszej odsłony greckiej tragedii powinien nastąpić jutro. To w środę mają zapaść ostateczne decyzje o przyznaniu Grecji – lub nie – kolejnej transzy pomocy w wysokości 130 mld euro.

Choć złoty się umocnił w poniedziałek wobec euro i dolara (euro 4,19 zł, zaś dolar 3,17 zł), to analitycy nie wykluczają osłabienia naszej waluty w następnych dniach. O głębszą korektę na złotym aż się prosi. Kurs rósł niemal nieprzerwanie przez cały miesiąc, a skala tego ruchu była duża: 28 groszy wobec euro i 23 grosze względem dolara.

Bartosz Sawicki, analityk TMS Brokers, uważa, że osłabienie jest prawdopodobne – ale poziomów z końca ubiegłego roku (4,46 zł za euro) nie osiągniemy. Maksymalnie złoty może się osłabić do 4,26 za euro – mówi.

Głębszego spadku wartości złotego spodziewa się za to Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Uważa, że poziom 4,30 zł za euro na koniec lutego jest możliwy. Jeśli złoty przebije poziom 4,22 – 4,23 za euro, to osłabienie w takiej skali jest możliwe. Na koniec marca może być nawet 4,40 zł za euro, jeśli napłyną negatywne informacje związane z sytuacją w Portugalii. Kolejny czynnik ryzyka to wynik kwietniowych wyborów we Francji – mówi.

W dłuższym terminie nasza waluta powinna jednak zyskiwać na sile. Nie brak opinii, według których pod koniec roku za euro będziemy płacić mniej niż 4 zło. Nowy raport ekonomistów banku HSBC wskazuje, że przy korzystnych warunkach złoty może testować poziom 3,90 za euro.

Głębokiej korekty nie spodziewają się również dilerzy rynku obligacji. Rentowności w ostatnim czasie wyraźnie spadły, więc realizacja zysków jest możliwa w każdej chwili. Dochodowości papierów mogą jednak na tej fali maksymalnie wzrosnąć o 15 – 20 pkt bazowych. Powrót do poziomów z przełomu roku jest mało realny. Ta korekta nie sięgałaby aż tak głęboko – mówi Marek Stypułkowski z Raiffeisen Banku.

Według Marka Kaczora, dilera obligacji w PKO BP, skala wzrostu rentowności może być jeszcze mniejsza, rzędu 10 pkt bazowych. A inwestorzy wcale nie muszą chętnie pozbywać się polskich papierów, mimo że zysk na nich, licząc od początku roku, jest duży. Naturalne wydawałoby się zrealizowanie zysku z inwestycji. Ale to nie jest wcale takie oczywiste, bo jest wiele argumentów, by tego teraz nie robić – mówi Marek Kaczor. I wymienia: rozsądna podaż obligacji ze strony Ministerstwa Finansów, cały czas wysoki poziom rentowności papierów w stosunku do niewielkiego ryzyka, dobre postrzeganie Polski związane z planami cięcia deficytu finansów i kolejna pożyczka, jakiej Europejski Bank Centralny zamierza udzielić bankom komercyjnym. To właśnie poprzednia taka z grudnia ubiegłego roku jest wskazywana jako przyczyna dużego wzrostu cen aktywów na rynkach emerging markets.