Belka mówił w środę podczas posiedzenia sejmowej komisji finansów publicznych o założeniach polityki pieniężnej na 2012 r.

Poseł Zbigniew Kuźmiuk z PiS zapytał m.in. o to, dlaczego złoty - mimo interwencji NBP - jest najsłabszą walutą naszego regionu. Według Kuźmiuka bank wydał na interwencje 5 mld euro, a resort finansów poprzez Bank Gospodarstwa Krajowego 6 mld euro.

Zdaniem Belki złoty jest obecnie słabszy, niż wskazywałyby na to fundamenty polskiej waluty. Podkreślił, że NBP nie zajmuje się prognozami kursu złotego, jednak - jego zdaniem - złoty ma potencjał do wzmocnienia. "W jakiej skali on się ujawni i kiedy, tego nie wiemy. Według mnie jeżeli złoty jest za słaby, to powinien się raczej wzmocnić, niż się osłabiać" - powiedział

Belka przyznał, że w drugim półroczu 2011 r. złoty przejawiał dużą zmienność, większą niż korona czeska i forint węgierski. Zastrzegł, że 2001 roku euro wyceniano na 4 zł, czyli tyle samo, co na początku 2011 r. W ciągu 10 lat złoty miał jednak zarówno okresy wzmacniania się, jak i osłabiania.

Zdaniem Belki złoty, patrząc na ostatnie kilkanaście lat, jest walutą stabilną. Wahania - jak wyjaśniał - są spowodowane tym, że jest "walutą swobodnie na rynku fluktuującą", a rynek aktywów denominowanych w złotych jest głęboki. Prezes NBP podkreślił, że aktywów w złotych, którymi się handluje - głównie w Londynie - jest mniej więcej tyle samo, ile aktywów denominowanych w brazylijskim realu.

"Gospodarka, która jest kilkakrotnie większa niż polska, ma rynek walutowy mniej więcej tej samej wielkości. To znaczy, że rynek złotowy jest wielokrotnie pojemniejszy niż węgierskiego forinta czy korony czeskiej (...). Co za tym idzie, jak ktoś chce pospekulować, to spekuluje na złotym" - tłumaczył. Dodał, że z tego powodu złoty jest bardziej zmienny, niż wskazywałyby na to fundamenty naszej waluty.


Belka powiedział, że NBP interweniował na rynku walutowym pod koniec września, kiedy kurs złotego do euro wynosił 4,53. Powiedział, że skoro dziś euro jest wyceniane na ok. 4,43-4,44 zł, to oznacza, że nie mamy do czynienia z osłabieniem złotego, ale ze "względną stabilizacją, a nawet wzmocnieniem".

"Nie jest prawdą, że wydaliśmy na interwencje 5 mld euro. Wydaliśmy kilkakrotnie mniej. Mogę tylko powiedzieć (...), że podczas tych trzech interwencji wrześniowo-październikowych, gazety oceniały, że to jest jeden miliard euro (...). Czasami i gazety się do czegoś przydają" - powiedział.

Dodał, że interwencja przyniosła wzrost rocznego zysku NBP mniej więcej w wysokości 650-700 mln zł. "To nie jest tak, że się cenne dewizy wyrzuca niepotrzebnie. To jest zamiana struktury aktywów. Jak ktoś ma 74 mld euro rezerw, 22 proc. PKB, to może sobie na takie rzeczy pozwolić" - dodał.

Poinformował, że obecny poziom rezerw NBP wynosi 74 mld euro i nie obniżył się mimo interwencji walutowych. Podkreślił, że interwencje te nie mają na celu utrzymania jakiegokolwiek kursu złotego, także związanego z progami ostrożnościowymi dotyczącymi relacji długu publicznego do PKB. Dodał, że mają np. znaczenie antyinflacyjne, gdyż słabszy złoty oznacza większy nacisk na ceny, a silniejszy - odwrotnie. Dodał, że jeżeli NBP sprzedaje waluty, to kupuje złotego, co oznacza zmniejszenie obiegu pieniądza, a tym samym nacisku na wzrost cen.

Prezes przyznał, że niekiedy osłabienie złotego pomagało gospodarce polskiej. Bardzo słaby złoty z początku dekady pomógł ożywić eksport i wyciągnąć gospodarkę z okresu spowolnienia. Podobnie było w latach 2008-2009. Dodał, że konsekwencją osłabienia złotego jest ograniczenie skłonności do importu. Prowadzi to do tego, iż popyt wewnętrzny jest zaspokajany produkcją wewnętrzną.