Polska potrzebuje co najmniej 20 lat hojnych dotacji z Unii Europejskiej, by dogonić pod względem rozwoju kraje Europy Zachodniej, tymczasem wszystko wskazuje na to, że w nowym budżecie UE (na lata 2014 – 2020) dotacje zostaną ograniczone, zmienią się też reguły udzielania pomocy na wyjątkowo dla nas niekorzystne.

Na razie mamy zagwarantowane pieniądze do roku 2013. Do tego czasu możemy liczyć rocznie nawet na 10 mld euro subwencji, dziś jesteśmy głównym odbiorcą unijnej pomocy. Dzięki niej poziom życia w naszym kraju osiągnie w tym roku 62 proc. europejskiej średniej. Do 100 proc. droga pozostaje bardzo długa i może nigdy nie uda nam się osiągnąć tego celu, bowiem nowy budżet skończy z zasypywaniem biedniejszych członków Wspólnoty łatwym i tanim pieniądzem.

Kryzys finansowy nadwerężył możliwości budżetowe nawet najbogatszych krajów Unii. Niemal każdy rząd tnie wydatki, by ograniczyć do rozsądnych rozmiarów dług publiczny i odzyskać zaufanie rynków finansowych.

"Presja na cięcie składek do budżetu UE ze strony najbogatszych krajów Unii będzie więc ogromna. Wyborcom trudno przecież wytłumaczyć, że trzeba oszczędzać w kraju, ale już nie na poziomie Unii" - uważa Marta Gajęcka, do niedawna wiceprezes Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Nowy rząd Holandii już zapowiedział, że będzie się starał ograniczyć swoją składkę o 30 proc. Brytyjczycy ostrzegli zaś, że nie zrezygnują z rabatu wynegocjowanego w 1984 roku przez Margaret Thatcher, choć przyczyna jego ustanowienia (dominacja wydatków rolnych w budżecie UE) jest już nieaktualna.


Zbyt wielu nas

Dodatkowo nigdy w historii Unii do negocjacji nie przystępowało tak wiele (27) i tak różnorodnych pod względem bogactwa państw. W pracach nad poprzednim budżetem nie brały udziału Rumunia i Bułgaria, a inne nowe kraje UE, w tym Polska, musiały zgodzić się na okresy przejściowe wobec części płatności. Dziś każdy chce być traktowany równo.

Kolejny problem to polaryzacja stanowisk w Unii, która u progu rozpoczęcia negocjacji nigdy jeszcze nie była tak duża. W negocjacjach budżetowych można się spodziewać brutalnej konfrontacji nowej i starej Europy. W 2013 roku spośród krajów dawnej piętnastki już tylko Grecja i Portugalia pozostaną biorcami netto budżetu UE (odpowiednio 3 i 2 mld euro rocznie). Pozostałe państwa starej Unii będą się starały ograniczyć budżet Unii, bo to zmniejsza także ich składki.

Bogate kraje UE będą szukały oszczędności w dwóch obszarach: funduszy strukturalnych oraz dopłat rolnych. W obu przypadkach Polska może stracić dziesiątki miliardów euro dotacji.

Wspomniane zagrożenia dotyczą oszczędności, które uderzą w Polskę, jeszcze bardziej niebezpieczna może być jednak sama zasada wypłacania przez Unię pieniędzy. Szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso forsuje pomysł wypuszczania wraz z EBI obligacji, które posłużyłyby do sfinansowania projektów infrastrukturalnych. Dzisiejsze bezzwrotne subwencje, z których buduje się w Polsce autostrady, elektrownie czy oczyszczalnie ścieków, zostałyby zastąpione przez wieloletnie pożyczki.

Byłaby to zmiana bardzo niekorzystna dla Polski. Co prawda, kredyty oferowane przez EBI mają oprocentowane znacząco niższe od kredytów w bankach komercyjnych (w zeszłym roku Warszawa oszczędziła w ten sposób 2 mld zł odsetek na kredytach wartych 28 mld zł). Jednak w stosunku do obecnych funduszy strukturalnych mają wiele wad. Po pierwsze, kredyty trzeba spłacić. Po drugie, przyczyniają się one do zwiększenia długu publicznego, przez co Polska może je zaciągać tylko w ograniczonym stopniu (dług naszego kraju i tak niebezpiecznie zbliża się do konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB). Po trzecie, EBI udziela kredytów tylko na inwestycje, które docelowo przynoszą zysk, co stawia pod znakiem zapytania finansowanie inwestycji drogowych i infrastrukturalnych w biedniejszych regionach kraju.

Niektóre państwa UE przychylnie patrzą na obligacje. Szczególnie pomysł ten podoba się Wielkiej Brytanii, która będzie drugim, po Niemczech, największym płatnikiem netto do kasy Brukseli (9 mld euro w 2013 r.). Każda redukcja funduszy strukturalnych oznacza dla Londynu zmniejszenie nadpłaty do budżetu Unii.


Rolnikom dopłaci państwo

Kolejnym sposobem na ograniczenie wielkości budżetu Unii są cięcia w wydatkach na wspólną politykę rolną. Dziś na ten cel idzie około 1/3 wydatków Brukseli. Polska i inne nowe kraje UE będą jednak naciskały nie tylko na utrzymanie, ale nawet na zasadnicze zwiększenie nakładów na rolnictwo.

Ze względu na ustalone w przeszłości tzw. kwoty referencyjne (wysokość plonów osiąganych w poszczególnych regionach) dopłaty do hektara w Polsce niewiele przekraczają 100 euro, podczas gdy np. w niemieckich landach sięgają 450 euro. Żaden polski premier nie złoży podpisu pod projektem budżetu UE na lata 2014 – 2020, jeśli nie znajdzie się w nim obietnica stopniowego wyrównania warunków konkurencji dla rolników w całej UE.

Spełnienie polskiego postulatu oznaczałoby jednak zwielokrotnienie wydatków rolnych Brukseli na rolnictwo. A to w warunkach ostrych oszczędności jest niemożliwe do spełniania. Urzędnicy KE po cichu rozważają kompromisowe rozwiązanie: długi (być może 10-letni) okres dochodzenia do pełnego wymiaru płatności bezpośrednich dla rolników z Polski i innych nowych państw UE.

Z kolei Francja zasugerowała, by wydatki na rolnictwo przejęły budżety narodowe, bo z kraju, który otrzymywał pieniądze z Unii, stała się ona państwem, który musi dopłacać do wspólnego budżetu. Dla Polski to bardzo niebezpieczna koncepcja: nasz budżet będzie jeszcze długo stać na o wiele mniej niż francuski. Może to oznaczać, że polski rolnik znów dostanie mniej pieniędzy niż francuski.



Dwa wyjścia z sytuacji

Negocjacje nad nowym budżetem będą tak trudne, że zdaniem ekspertów zakończą się w ostatnim możliwym momencie: na szczycie przywódców UE w czerwcu 2013 roku. Wówczas i tak pozostanie już bardzo mało czasu na zaprogramowanie ustalonych wydatków.

Polska może w tych rozmowach przyjąć dwojaką strategię. Albo zbudować solidną koalicję nowych krajów członkowskich i postawić wszystko na ostrzu noża, grożąc wetem i zerwaniem rozmów. Albo już teraz szukać porozumienia z kluczowymi krajami Zachodu, przede wszystkim z Niemcami i Francją.

Marta Gajęcka zaleca tę drugą strategię. – W tym zwarciu Polska nie stoi na mocnej pozycji. Jeśli nie zostanie uzgodniony budżet, to my stracimy o wiele więcej niż np. Niemcy, bo po 2014 roku nie będziemy mieli dopłat – zwraca uwagę. Jej zdaniem zarówno Francuzi (największy inwestor zagraniczny w naszym kraju), jak i Niemcy (strategiczny sąsiad) zdają sobie sprawę, że dalszy szybki rozwój Polski leży także w ich interesie.