Dzisiaj obowiązująca zasada, by nie pobierać składek, gdy dochód pracownika przekroczy trzydziestokrotność średniej krajowej pensji, oznacza poważny ubytek w systemie. W ubiegłym roku było to 6,8 mld zł. Dla ekspertów związanych z PiS i niektórych polityków tej partii utrzymywanie takiej „ulgi” dla dobrze zarabiających w sytuacji, gdy ZUS ma permanentny deficyt, jest co najmniej kontrowersyjne.

– Ten pomysł to jak strzelba w przedstawieniu teatralnym: jest i nie wiadomo, kiedy wypali. Na razie sytuacja jest dobra i nie ma potrzeby tej strzelby używać, ale jeśli się pogorszy, to pomysł wróci – przyznaje nam członek rządu.

Najbliżej do zagarnięcia trzydziestokrotności byli autorzy planu podatku jednolitego łączącego składki i podatek PIT. Sama zasada miała zostać (składki nie byłyby pobierane), ale po przekroczeniu progu rósłby podatek dochodowy. Nie wiadomo, czy pomysł nie wróci, bo specjalny rządowy zespół ma pracować nad rozwiązaniami, które tworzyły podatek jednolity, i poszukać takich, które mogą zostać wdrożone niezależnie.

Postulat, by „coś zrobić” z trzydziestokrotnością, pojawił się w przeglądzie emerytalnym przygotowanym przez ZUS. Do przeglądu wpisywano różne eksperckie pomysły. Jeden z nich zakładał zupełne zniesienie tej zasady, inny – wprowadzenie dobrowolnego limitu, to znaczy ubezpieczony na początku roku deklarowałby, że przestanie płacić składkę, jeśli zarobi np. 35 czy 40 przeciętnych wynagrodzeń. Jednak sama idea okazała się na tyle drażliwa, że w wersji rządowej żaden z tych pomysłów już się nie pojawił.

Pierwsze pomysły likwidacji trzydziestokrotności pojawiły się jeszcze w czasach PO, gdy z powodu zmian w OFE robiono przegląd systemu emerytalnego, a napięta sytuacja w finansach publicznych powodowała szukanie różnych pomysłów na wyższe wpływy. Likwidacja trzydziestokrotności była jednym z nich, choć rozważanym tylko w fazie analitycznej, dopóki w kampanii wyborczej nie wypłynął projekt podatku jednolitego. Podobnie jak w przypadku PiS był to jeden z filarów całej koncepcji.

Problem, który wiąże się z likwidacją trzydziestokrotności, dotyczy konsekwencji emerytalnych. To rozwiązanie trafiło do systemu ubezpieczeń społecznych wraz z wprowadzeniem reformy w 1999 r., „aby nie obejmować nadmierną ochroną najlepiej zarabiających ubezpieczonych” – napisał ZUS w Białej Księdze dokumentującej zeszłoroczny przegląd emerytalny. Chodziło o to, by ograniczyć wysokość wypłacanych emerytur i by nie było zbyt dużego zróżnicowania w ich wysokości. Gdyby pułap został zniesiony w prosty sposób, to składka od wszystkich wynagrodzeń płynęłaby na konto ubezpieczonego, ale później otrzymałby on bardzo wysoką emeryturę.

Dla ZUS długofalowo byłoby to neutralne. W krótkim okresie oznaczałoby, że zakład zyska, bo wpłyną wyższe składki, a więc deficyt się zmniejszy. Później z powodu wyższych emerytur wzrosłyby wydatki. Konkurencyjny pomysł to likwidacja trzydziestokrotności, ale pozostawienie pułapu składki odprowadzanej na konto. W takim przypadku ZUS zyska od razu wyższe wpływy i nie będzie musiał wypłacać w przyszłości wyższych emerytur. Jest jeden haczyk. Takie rozwiązanie mogłoby być uznane za niekonstytucyjne.

Wiązałaby się z nim jeszcze jedna obawa: że najlepiej zarabiający ubezpieczeni zaczną uciekać od płacenia składki. Że nie jest to groźba teoretyczna, pokazuje porównanie liczby osób, które prowadzą działalność gospodarczą i są opodatkowane liniowo, i zatrudnionych na etatach, którzy przekraczają pułap trzydziestokrotności. „Liniowcy” płacą PIT w wysokości 19 proc., więc nie mają problemu z drugą stawką podatku. Ponadto, jak inne osoby prowadzące działalność gospodarczą, mogą płacić składkę na ZUS wyliczaną od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Jeszcze w 2010 r. liczba osób, które przekroczyły trzydziestokrotność, i tych opodatkowanych liniowo były bardzo podobne. Pierwszych było 378 tys., drugich – 395 tys. Od tego czasu liczba „liniowców” urosła do ponad pół miliona. W przypadku beneficjentów trzydziestokrotności najpierw był spadek, a później zmiany to w górę, to w dół. To hamulec dla decyzji rządzących w sprawie trzydziestokrotności, bo mogłoby się okazać, że zlikwidowanie tej zasady wywoła skutki odwrotne od oczekiwanych.

Możliwe zmiany w systemie emerytalnym

Rząd pracuje nad możliwościami wdrożenia rekomendacji z przeglądu emerytalnego. Przewidują one m.in.:

* wprowadzenie zasady przechodzenia na emeryturę tylko raz w życiu
– chodzi o osoby, którym świadczenie jest wyliczane na starych zasadach i dziś mogą podbić jego wysokość, pracując na emeryturze,

* rentę nie po emeryturze
– wprowadzenie reguły, że po osiągnięciu wieku emerytalnego nie byłoby możliwości uzyskania prawa do renty z tytułu niezdolności do pracy,

* wymaganie stażu składkowego do emerytury minimalnej
prawo do najniższego świadczenia, które zgodnie z rekomendacjami powinno przysługiwać po osiągnięciu wieku emerytalnego (60 lat – kobieta i 65 lat – mężczyzna), o ile przez okres 20/25 lat składka była opłacana przynajmniej od płacy minimalnej,

* likwidację groszowych emerytur
– uprawnienie do comiesięcznego świadczenia tylko w przypadku osób, które posiadają minimum pięcioletni staż pracy, a ich wyliczona emerytura przewyższa kwotę jednej trzeciej świadczenia minimalnego, lub konieczność posiadania co najmniej 15-/20-letniego stażu pracy,

* kumulację zamiast hierarchizacji różnych tytułów ubezpieczeniowych
– składka płacona od wszystkich umów lub form pracy czy działalności ubezpieczonego (dziś np. osoba zatrudniona na etacie nie musi płacić składki od umów-zleceń u innego pracodawcy).

* likwidację zwolnienia uczniów i studentów z płacenia składek,

* oskładkowanie umów dla twórców i artystów,

* oskładkowanie umów o dzieło.

Nie jest przesądzone, czy wszystkie pomysły wejdą w życie. Obecnie trwają prace analityczne.